Kierowcy i właściciele amerykańskiej Tesli wierzą w swój elektryczny nabytek, jak w święty obrazek otrzymany podczas kolędy. Tymczasem, co jakiś czas, media i dziennikarze informują, że auta te są niebezpieczne, palą się jak choinki, nie są dopracowane jako auta autonomiczne, mają różne defekty konstrukcyjne: odpadają zderzaki, dachy panoramiczne, składają się zwrotnice bo nie dokręcono sworznia, a ostatnio odpadła nawet... kierownica!
fot. Tesla
Tym razem właściciel nowiutkiej Tesli Y z amerykańskiego salonu przeżył horror – wieniec wyczepił się z kolumny kierowniczej. Tylko cudem właściciel tego elektryka zatrzymał pojazd. Co ciekawe, za holowanie Tesli do serwisu właściciel został obciążony kwotą kilkuset dolarów, zaś za samą naprawę - dość częstą, jak się później okazało – kwotą ok. 100 dol. Kuriozalne natomiast okazało się tłumaczenie serwisu, jak w Polsce, gdy uszkodzeniu uległa kolumna McPhersona w znanej marce, na skutek konwersji gazowej silnika.
Właściciel Tesli nie zapłacił tego rachunku i przekazał sprawę do centrum serwisowania. Okazało się, że to znany problem, więc należy właściciel Tesli Y przeprosić.
Cóż, amerykańska Tesla jest chimeryczna, a kontrola jakości nie dorównuje tej, jaka obowiązuje w samochodach Toyoty, BMW, Rolls Royce'a czy Audi. Do dziś krążą legendy, jak to w szacownym Rolls-Royce awarii uległ wał napędowy. Już na drugi dzień przyjechał serwis z mechanikami, którzy chcieli podstawić strapionemu właścicielowi nowy egzemplarz!
redakcja autoflesz.com
Źródło: Twitter