To nie jest Prima Aprilis. Komisja Europejska ma przedstawić we wtorek propozycję dającą producentom samochodów więcej czasu na osiągnięcie redukcji emisji CO2. Tego spodziewano się już od dawna, gdyż konkurencja chińskich elektryków (a także modeli hybrydowych), jak również zapowiedź prezydenta USA ws. zaporowych ceł (aż 25 proc.) zabija europejską motoryzację.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com
Początkowo Ursula von der Leyen potwierdziła, że UE nie wycofuje się z rewolucji, która wpłynie na rynek samochodów spalinowych. Plan by od 2035 roku w UE sprzedawać wyłącznie samochody o zerowej emisji CO2 (choć tzw. ślad węglowy mają znacznie wyższy) nadal jest aktualny, ale oznacza to najprawdopodobniej zakaz rejestracji aut spalinowych. Teraz mają być zmiany przejściowe zgodne z przyjętym harmonogramem.
Komisja Europejska chce zaproponować producentom samochodów osobowych i dostawczych trzy lata (poprzednio rok) na dostosowanie się do unijnych obostrzeń ws. redukcji emisji CO2. Pozwoli to uniknąć kar w 2025 roku za niezrealizowanie emisyjnych wytycznych.
Urzędnicy unijni bez skrupułów obniżają limity emisji dwutlenku węgla, nie bacząc na zagrożenia dot. rynku motoryzacyjnego (poddostawcy, miejsca pracy, zwalnianie pracowników, wzrost cen pojazdów). Według agencji Reutera - co najmniej - 1/5 sprzedaży większości firm motoryzacyjnych musi dotyczyć aut BEV. Niespełnienie tych wymogów grozi karami, ale dzięki proponowanej zmianie (czas przejściowy) będą mieli czas do 2027 r. na dostosowanie się do nowych limitów emisji CO2. Wygląda na to, że handel emisjami CO2 wystrzeli, jak pocisk z lufy karabinu snajperskiego.
Jednak przy tak mocno zaniżonych normach emisji salin powstaje następny problem. Wiadomo, że auta elektryczne spełniają z nawiązką te wytyczne unijne, ale samochodów elektrycznych nie chcą kupować klienci z kilku znanych powodów (cena, słabe baterie, słaba sieć ładowania czy brak dopłat). Przynajmniej na razie...
Jednym słowem czeka nas kolejna podwyżka cen samochodów, gdyż producenci muszą wprowadzić zmiany (modernizacje) w masowo produkowanych samochodach. Co więcej, niektórzy producenci łączą swoje siły z innymi graczami rynku, mającymi tzw. nadwyżki... co do emisji CO2.
Tak już podchodzi do tematu Stellantis. Aby uniknąć kar finansowych, grupa Stellantis – w skład której wchodzą takie marki jak: Peugeot, Fiat czy Citroën – planuje kupić kredyty na emisję CO2 od producentów pojazdów elektrycznych, takich jak Tesla czy Volvo. Do podobnego mariażu przygotowuje się Mercedes-Benz i najprawdopodobniej Grupa Volkswagena.
Robi się coraz ciekawiej na rynku europejskim. Producenci pojazdów elektrycznych, których samochody nie emitują CO2 podczas jazdy (zauważmy... podczas jazdy, a to, iż w programie produkcji trója na potęgę, to już nikogo nie obchodzi), mogą sprzedawać nadwyżki swoich uprawnień emisyjnych firmom produkującym nadal pojazdy spalinowe. Taka strategia pozwala producentom, którzy nie są w stanie spełnić nowych norm, uniknąć wysokich kar. Dla Stellantisa oraz innych firm, takich jak Mercedes-Benz, Ford czy Renault, jest to rozwiązanie umożliwiające dostosowanie się do tych regulacji.
Przypomnijmy, nowe regulacje UE wprowadzają limit średniej emisji CO2 na poziomie 93,6 grama/ kilometr dla nowych pojazdów zarejestrowanych w Europie. W przypadku przekroczenia tego poziomu producenci będą musieli zapłacić karę w wysokości 95 euro za każdy gram powyżej limitu na każdy sprzedany pojazd.

Czy Unia Europejska wycofa się z zakazu rejestracji aut spalinowych od 2035?
Na tę chwilę Ursula von der Leyen stoi przy swoim pomyśle - restrykcyjnym zakazie. Ale sytuacja geopolityczna, bojkotowanie Tesli (a nawet palenie ładowarek i salonów tego producenta), jak również wojna w Ukrainie czy totalna niechęć prezydenta Trumpa do elektryków może zmienić tę retorykę. Trudno bowiem sobie wyobrazić pojazdy wojskowe, samoloty, ciężarówki czy pojazdy specjalne dla VIP-ów, aby w tak krótkim czasie zmieniły rodzaj zasilania. Kartele olejowo-naftowe (w tym OPEC) także mają tu wiele do powiedzenia. Jak dotąd, pomimo sankcji i zakazów, Rosja i dyktator Putin zarabia na gazie i ropie naftowej krocie. Dyktatorowi taki plan Europy jest na rękę!
redakcja autoflesz.com
Źródło: Bloomberg