Do przepychanek w Sejmie, buczenia, a nawet tupania, podskakiwania, czy (mówiąc delikatnie) braku wychowania już zdążyliśmy się przyzwyczaić, jak i do tego, że ławy sejmowe służą – mówiąc oględnie – za stół barowy. Jednak do stosowania technik judo, jak dotąd, nikt tego nie zaobserwował. Tymczasem incydent taki wydarzył się w świetle kamer... Cóż, nasz Sejm to nie Wersal.
fot. Polsat News
Zwykle były nieudolne „wiatraki”, ciosy na oślep, brak natychmiastowej reakcji ochrony, jednym słowem – niestosowna do tego miejsca bijatyka. Tymczasem podczas suchej, służbowej konferencji wicemarszałka Ryszarda Terleckiego sielankę zakłócił Paweł Bednarz, prezes zarządu Fundacji im. Dobrego Pasterza. Co zrobił, początkowo chciał zadać pytanie wicemarszałkowi. Nie spodobało się to Krzysztofowi Wilamowskiemu, szefowi biura prasowego PiS, który próbował odciągnąć (kilka razy) interlokutora. Robił to na tyle nieumiejętnie, że doszło w końcu do zwarcia (w stójce) pomiędzy panami. Żaden nie odpuszczał, a bierna postawa dziennikarzy i samego wicemarszałka doprowadziła do wybuchu agresji, zacieśnienia uchwytów (a dokładniej obchwytów) obu "zawodników".
Prawdopodobnie, z dużą dozą pewności, możemy powiedzieć, iż pan Bednarz czuł się tam jak na tatami i jego zdecydowana technika harai goshi (podobna tai otoshi). W terminologii judo to był Ippon kończący walkę, aczkolwiek nie dano szansy Bednarzowi na wykończenie tego rzutu w parterze (przytrzymanie, obezwładnienie i "puszczenie w skarpetkach"), gdyż Straż Marszałkowska wkroczyła do akcji. Oprócz kobiety, pewnie asystentki pana szefa biura prasowego nikt nawet nie drgnął, wszyscy dziennikarze i sam wicemarszałek stali jak zahipnotyzowani.
Poobijany Wilamowski, który tłumaczył się dziennikarzom, mętnie ślimaczył przyczyny swojego zachowania. Wtórował mu wicemarszałek, że mógł być to potencjalny napastnik, agresor np. z nożem i takie tam bzdety nie nadające się nawet do cytowania. Od razu padło też stwierdzenie o zmianie procedur, aby osobom uczestniczącym w konferencjach zapewnić bezpieczeństwo. Na wszystko politycy chcą mieć procedury, ale jak przychodzi do działania w realnej rzeczywistości, jest jak zawsze... A gdzie były procedury, gdy znany polityk - bez jakiegokolwiek zażenowania - konsumował sałatkę podczas obrad Sejmu?
Cóż, pomysł ogrodzenia Sejmu, po aresztowaniu bombera dr Brunona K. nie wypalił, a zmiana procedur – jakich? Jeśli pan marszałek Terlecki boi się konferencji w twierdzy, jaką jest Sejm, to niech zwyczajnie ich nie organizuje.
Co dalej z krewkim prezesem Fundacji im. Dobrego Pasterza? Ten ruch już będzie należał do min. Ziobry.
Media napisały:
Wystąpienie polityka PiS zakłócił wczoraj prezes Fundacji imienia Dobrego Pasterza z Sosnowca, który prosił o interwencję w sprawie dzieci z domów dziecka sprzedawanych - jak mówił - za granicę i rozdzielanych z rodzeństwem.
Posłanka PO i wicemarszałek Sejmu z tej partii mówiła w radiowej Jedynce, że działanie pracownika PiS-u było nie na miejscu, a uprawniona do interweniowania w takich sytuacjach jest Straż Marszałkowska.
- Nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy pracownicy biur prasowych, jeżeli na konferencję przychodzi osoba, której się nie spodziewaliśmy, w taki sposób reagowali - powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska /źródło: incydent w sejmie/
redakcja autoflesz.com![]()