Ten bestseller na polskim rynku wydawniczym, dostępny jest od listopada br. w dobrych księgarniach i empiku. Autor Juliusz Ćwieluch, dziennikarz piszący o wojsku i wojskowości – w wywiadzie rzeka – dostał możliwość napisania ciekawej, elektryzującej całości, popartej faktami z żołnierskiego życia i... kariery czterech generałów. My przeczytaliśmy tę książkę od deski do deski (str. 350) – zaledwie w ciągu jednego dnia Świąt Bożego Narodzenia - z nieskrywaną zachłannością. Ty możesz być następny...
projekt okładki_Tomasz Majewski
Autor zaczynał w „Gazecie Wyborczej” i pewnie indoktrynowany był przez samego Adama Michnika, cwanego piewcę „Okrągłego stołu”. Dziś pracuje w tygodniku „Polityka” i wykłada kawę na ławę – jak było, a jak jest. Autor dobrze dobrał rozmówców i jak sam podkreśla "prawda dziś jest towarem deficytowym".
W świetle medialnej nagonki na min. Macierewicza, wcześniejszej książki Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”, o kontrowersyjnym szefie MON, ta publikacja także wymierzona jest – przynajmniej na razie – w niezatapialnego, ale charyzmatycznego ministra, który nie boi się iść pod prąd.
Żaden z bohaterów książki nie mówi wprost, kim jest ich były szef, mimo to zarzucają wabik, jak to robi wędkarz czekając na szczupaka. Jedynie gen. brygady Adam Duda i gen. Mieczysław Cieniuch (czterogwiazdkowy generał) unikali bezpośredniej oceny b. przełożonego. Problem w tym, że choć wszyscy zostali odwołani lub sami podali się do dymisji (gen. broni Różański, gen. brygady Tomasz Drewniak, gen. bryg. Adam Duda) – z wyjątkiem gen. Mieczysława Cieniucha (odszedł z pełnymi honorami po 43 latach służby) – to nie powinni krytykować imiennie swoich przełożonych i współtowarzyszy. To mówiąc najoględniej – niezbyt eleganckie.
W polskiej armii było takie niepisane przysłowie „Zgodziłeś się założyć sobie obrożę, to musisz szczekać jak pies”. Dziś wrzucanie granatu do ognia jest li tylko desperackim odruchem, dobrze widzianym w grach komputerowych i filmach z Arnoldem Schwarzeneggerem. Dość mocno nad tematem innych generałów pochylił się nie tylko sam autor, zadając kąśliwe pytania, ale także gen. Cieniuch promujący na swoje miejsce gen. Mieczysława Gocuła (kolejny czterogwiazdkowy generał ). To właśnie on, choć zwolnił się z armii „po angielsku” zachował zimną krew, a po ukazaniu się tej książki powiedział: "Z uwagą śledzę toczącą się na łamach mediów debatę na temat stanu naszej armii. Nie uczestniczę w niej, ponieważ uważam, że ma ona wciąż zbyt głębokie podłoże polityczne. Nie zwykłem krytykować imiennie swoich byłych przełożonych i nie uczynię tego również teraz”.
Gen. broni dr Mirosław Różański – bardzo mądry gość, b. d-ca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, w grudniu 2016 r. złożył dymisję, która została przyjęta. Prezydent Andrzej Duda podpisując zwolnienie, nawet nie miał odruchu zwątpienia.
W książce przelewa na papier swoje przemyślenia, wskazuje na niedoskonałości, podkreśla raportowanie tego co działo się złego w armii. Problem w tym, że nikt tego nie brał poważnie, ani wiceminister Kownacki, ani tym bardziej szef gabinetu Bartosz Misiewicz (zwany tu aptekarzem z Łomianek). Prawda jest taka, że wszyscy bali się min. Macierewicza, a zaledwie kilka osób mogło mieć stały dostęp do szefa resortu. To, że kazał usunąć portrety swoich poprzedników i w to miejsce rozkazał wstawić portrety ofiar katastrofy smoleńskiej można zrozumieć, ale wykorzystywanie transportów wojskową Casą zgodnie z procedurą HEAD już znacznie, znacznie mniej. Między wierszami jasno wynika, że sięgał po insygnia władzy, nawet tej, która się jemu nie należała. Kogo się zatem boi min. Macierewicz - tego nie powiedziano wprost, ale naszym zdaniem jedynie o.Rydzyka!
fot. fakt.pl
Według gen. Różańskiego pan minister nie przejmuje się też mediami, wygodniej jest przecież stworzyć medialną narrację, iż to krytyka bezpardonowa i bezpodstawna. Dziś można nawet pójść dalej, mówić małe kłamstwa i ciągle je powtarzając... można w nie uwierzyć. To już nie jest obraz zbyt śmieszny, tylko objaw choroby. Mimo to jest nadal w rządzie. Dlaczego?
- Bo jest im potrzebny. Robi to, czego nie byli w stanie zrobić inni. Odzyskuje instytucje. Odzyskuje w najłatwiejszy sposób, po prostu je niszcząc – mówi gen. broni Różański
- Nie ma oporów przed wyrzucaniem kompetentnych ludzi i zastępowaniem ich takimi, których główną kompetencją jest uległość – przekonuje Różański
W wielu formacjach polityków znane jest przecież powiedzenie „mierni, ale wierni”. To się sprawdza, ale do czasu, tak samo jak nagradzanie ponad miarę tych „wiernych”. Ale historia zna takie przypadki, weźmy choćby jednego z najwierniejszych pretorian Adolfa Hitlera. Kto go zdradził – sam Himler paktując potajemnie z Aliantami. Podobnie było z Jezusem, zdradził Go Judasz.
Zdaniem gen. broni Różańskiego program modernizacji armii leży, a WOT powstają kosztem wojsk operacyjnych. Ponadto, stawianie na niedoszkolonych rekrutów, którzy w 16 dni przechodzą szkolenie, a później nazywa się ich żołnierzami i ubiera w „bombki” (czytaj: karabinki MSBS Grot) jest kolosalnym nadużyciem. Co więcej, wmawia się społeczeństwu, że to oni są zdolni do przeciwstawienia się „Specnazowi” (jednostki specjalne Federacji Rosyjskiej). Jeśli ktoś, coś takiego mówi, to jest zwyczajnym kuglarzem, ignorantem, by nie powiedzieć dyletantem w sprawach wojskowości.
Gen. Różański odniósł się też do Żołnierzy Wyklętych, tak mocno promowanych w nowej rzeczywistości.
- Jestem pewien, że moda na Żołnierzy Wyklętych zniknie w wojsku tak szybko, jak zniknie z resortu ta ekipa rządząca – mówi pan generał
Jeszcze mocniej wypowiada się na temat Centrum Doktryn i Szkolenia w Bydgoszczy. Choć gród nad Brdą ma mocne konotacje wojskowe związane jeszcze z dawnym Pomorskim Okręgiem Wojskowym, 2 KOP, 2 BRt, 2 BL i lotniskiem, to generał nie pozostawia złudzeń.
- Z analiz jakie przychodziły z CDiSz najbardziej zapadła mi w pamięci ta dot. latryny przenośnej – ironizuje Różański
Cóż, nawet wojak Szwejk nie podsumowałby tego lepiej.
Ale były też akcenty dot. Wojska Polskiego sprzed stanu wojennego, zwłaszcza z okresu studiów, na jednej z najważniejszych uczelni wojskowych – wrocławskiego ZMECH-u. Sporo miejsca w książce pan generał poświęcił tzw. fali mocno przejaskrawionej w głośnym filmie „Kroll”. Fala była w Wojsku Polskim, co więcej, problem znali wszyscy, ale nie wszyscy robili co trzeba. Szefowie pododdziałów mieli do tego celu swoich kaprali, którzy „docierali” poborowych, a później szeregowych czy st. szeregowych. Niestety takie było wojsko, a raczej funkcyjni, w znany sobie sposób odreagowujący niepowodzenia życiowe.
Nieco inaczej zaś było w innych wyższych szkołach oficerskich, wtedy było ich 11 (+ akademie wojskowe), a dziś po zmianach ustrojowych pozostało zaledwie kilka, licząc w to akademie wojskowe. Przyjmowanie zaś na studia wojskowe kilku kompanii (w przypadku WSOWZ 680 kandydatów na podchorążych ) miało swój cel, zostawali najlepsi (wg generała studia ukończyło tylko 340 podporuczników).
W końcowym okresie PRL-u czas studiów wielu traktowało jako odsłużenie zasadniczej służby wojskowej. Nie ukrywajmy ciężkiej, obarczonej wspomnianą "falą", zwłaszcza w wojskach stricte technicznych (np. radiolokacja czy pododdziały rakietowe).
- Drugi rok był swego rodzaju rubikonem. Ci, którzy się rozmyślili i nie chcieli związać swojego życia z armią – kombinowali, żeby jednak dotrwać do końca II roku. Kto nie wytrzymał, prosto ze szkoły trafiał do jednostki wojskowej – mówi Różański
Studia wojskowe, już jako podchorąży, to było coś. Przede wszystkim samodzielność, żołd, pełne utrzymanie, a nawet papierosy, pasta do zębów „Lechia” i żyletki „Polsilver” – nie do zdobycia w stanie wojennym. Niestety nauka była podstawą do przepustki, dyscyplina zastępowała matkę, a wykonywanie rozkazów wpajano podchorążym jak mantrę. Dziś ci co stali z boku twierdzą (lub ci co mieli zamożnych rodziców gotowych zapłacić za wyreklamowanie od armii), że łamano kręgosłupy lub „że chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Ale to tylko słowa, pod którymi żaden mądrala się nie podpisze. Komu się to nie podobało mógł zrezygnować jeszcze na początku III roku, później już stawiano szlaban. Żaden komendant szkoły czy akademii nie tolerował niesubordynacji, złodziejstwa czy modnego na czwartym roku ożenku (tylko w wyjątkowych sytuacjach wydawał taką zgodę). Trudno też było się dostać do szkoły bez prześwietlenia ideowego rodziny, do drugiego pokolenia włącznie. Takie to były czasy, dziś ważne jest aby ten ktoś był wierny, ale często jednak mierny.
Gen. Różański krytykuje też demolkę szkół wojskowych, głównie zrobiono to pod kątem czysto ekonomicznym a nie szkoleniowym. W armii brakowało wszystkiego, najczęściej jednak zdrowego rozsądku. Jeszcze w Roku Milenijnym zapewniano kadrę szkolącą się na kursach języka angielskiego, że zasłużone jednostki czy szkoły wojskowe zostaną. Niestety, to też były tylko słowa, przypominające niedawne odwołanie pani premier Szydło. Dziś wiele obiektów po tych uczelniach (jednostkach wojskowych, a nawet związkach taktycznych) dogorywa lub przeszło w prywatne ręce, jak np. najlepsze w Europie Wschodniej obiekty po Wyższej Oficerskiej Szkole Radiotechnicznej w Jeleniej Górze, lotnisko w Debrznie, znana i ceniona 23 krt w Osielsku (wielokrotnie zdobywała I miejsce w zawodach Użyteczno-Bojowych WOPK) czy opisywana na naszych łamach „Twierdza Modlin”. Nikt się nie interesował garnizonem, a przede wszystkim kadrą (i ich rodzinami), która pracowała przez lata „ku chwale ojczyzny”. Był rozkaz rozformować, czy jak wiele innych wzorcowych dywizji, przekazać Agencji Mienia Wojskowego... I tyle!
- Szkoły, które wyszły z podporządkowania dowódcom Sił Zbrojnych, stały się wojskowymi satelitami. Podlegały ministrowi, ale dowódcy już nie inwestowali w nie sprzętowo, bo to nie było ich – mówi gen. Różański
Pan generał dał też upust fantazji z okresu gdy był podchorążym, wspominając o tym, że dowódcy nakazywali nocne ćwiczenia, przeprawy, czyli zajęcia taktyczne, po których moro było mokre, a buty z opinaczami nie nadające się do użycia. Rano zaś trzeba było mieć czyste umundurowanie i pachnące onuce (wtedy wydawano jeszcze onuce i pierwsze skarpety ogólnowojskowe). Cóż, tylko szef kompanii - niedorajda - mógł na to pozwolić, gdyż zwykle były dwa komplety. Takie to proste, że aż trudne do przypomnienia dawnym podchorążym, dziś generałom rezerwy. Ale jeśli się miało takiego szefa jak sierż. Dudek z filmu „płk Kwiatkowski”, to można było jechać nawet na misję stabilizacyjną – jak to dumnie określano – do samego Bagdadu.
Różański skrytykował też pomysł przekopania Mierzei Wiślanej, choćby ze względu na jej głębokość i operacyjną nieprzydatność dla wojska. Trudno być tu sędzią, ale pomysłodawcy mogli zasięgnąć języka wśród ekspertów, o Sztabie Generalnym jedynie wspominamy. Podobnie rzecz się ma z planowanym Centralnym Portem Lotniczym w Baranowie pod Warszawą za... 30 mld złotych!
Ostatnia sentencja pana generała brzmi jak mantra.
- Jeśli mnie pan pyta (dot. autora książki) czy polska armia jest dziś w stanie samodzielnie odeprzeć atak ze Wschodu, to oczywiście NIE i kropka. I każdy, kto mówi coś innego, albo kłamie, albo się nie zna – kończy gen. broni Różański
Gen. brygady Tomasz Drewniak - spowiadał się podobnie jak gen. Różański, także u Moniki Olejnik, w programie „Kropka nad i”. Kolejny przedstawiciel fali urodzonych dowódców, bardzo doświadczony pilot. Z armii odszedł 29 czerwca br. Był szczery aż do bólu, a to z pewnością nie podobało się, co najmniej kilku, ważnym zastępcom min. Macierewicza. Gwoździem do trumny była rozmowa u prezydenta Andrzeja Dudy w obecności szefa MON, dziesięć dni później już był niepotrzebny armii.
fot. onet_wiadomości
Pan generał potwierdza śmiałą tezę poprzednika, że za kilka lat nie będziemy mieli czym latać. Problem F-16 rozgrzał do czerwoności samego ministra, który chciał zakupić kolejne wersje tych maszyn (100 szt. używanych F-16) i remontować je w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy. Niestety sam dyr. zakładu przyznał, że jest to niemożliwe z powodów technicznych.
- Ten pomysł dobrze brzmi, ale będzie trudny do zrealizowania, bo za 5 lat większość użytkowników samolotu F-16 w Europie przesiądzie się na F-35 – powiedział gen. brygady Drewniak
Przesiądzie się, jeśli będą na to pieniądze. Wydatki na zbrojenie na poziomie 2,5 proc. PKB to dużo, ale tego żądają od nas i państw NATO Amerykanie. Wracając do tego supermyśliwca - F-35 to maszyna z innej bajki, przewyższa parametrami wszystko, co do tej pory skonstruowano. Dla jasności warto przypomnieć, że Amerykanie nigdy nie sprzedają najnowszych wersji, a o tym iż to droga, bardzo droga zabawka nie trzeba przypominać.
Pan generał poruszył też temat szkolno-bojowego M-346 Master, który zamiast latać stoi w podziemnych magazynach. Włosi, sprzedając nam tę wersję, mieli co nieco zrobić, szczególnie pod kątem nowszego oprogramowania, ale sprawa jest patowa. Jak tak dalej pójdzie, to lotnicy nie będą mieli się na czym szkolić, Amerykanie już powiedzieli, iż nie będą szkolić Polaków na F-16, za co MON płaciło ponad 5 mln dol. od głowy!
W książce pojawia się też wątek Irydy, dwusilnikowego samolotu szkolno-bojowego. Wprawdzie wyprodukowano 19 prototypów, ale ostatecznie samolot ten nie wszedł na uzbrojenie SP. MON przeznaczyło go do... muzeum.
Pan generał nie zgadza się też z zakupem samolotów dla VIP-ów, za które zapłaciło Ministerstwo Obrony Narodowej (z budżetu wyrwano 4 mld złotych). Jak zwykle między wierszami jest odniesienie do tragedii smoleńskiej, w kontekście braku odpowiednich statków powietrznych. Ten problem miała rozwiązać już drużyna b. premiera Tuska, ale znów obiecywano „proste banany”.
Brak środków na zakup rakiet dalszego zasięgu zmusił armię do modyfikacji systemu NEWA S-125M1, zdolnego do celnego rażenia na odległość... 25 km. Podjęto próby modyfikacji tego sytemu, głównie związane z wydłużeniem zasięgu, ale kończyły się słabą celnością. Generał odniósł się też do stanu polskiego lotnictwa na wypadek wojny. Autor chciał wiedzieć, czy wytrzymamy kilka dni jak w 1939 roku. Odpowiedź była miażdżąca – podczas symulowanych ćwiczeń w 2015 roku strącilibyśmy całe lotnictwo w ciągu 4 godzin!
Wątki kariery generałów mocno przewijają się w książce, także w tym przypadku, a dokładniej z okresu studenta-podchorążego Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie.
Zdaniem pana generała każdy podchorąży musiał należeć do partii, inaczej instruktor nie wpuścił kandydata na asa przestworzy do kabiny samolotu. Cóż, nie wszędzie, nie w każdej szkole oficerskiej tak „doginano”. Prawda jak zwykle jest podkolorowywana, ale śp. ks. prof. Tischner mówił już, że są trzy rodzaje prawdy: półprawda, cała prawda i g...prawda.
Podobnie rzecz się ma z przeglądami mundurowymi, gdzie szef kompanii wydawał rozkaz „Spodnie w dół!” na okoliczność sprawdzenia, czy podchorążowie nie mają cywilnych gaci. Cóż, dziś należy się tylko śmiać do rozpuku, takiej komendy regulaminy nie przewidywały, ale wyobraźnia generała działa nawet dziś.
Generał odniósł się także do polskiego śmigłowca SW-4 ze Świdnika oferowanego polskiej armii. Jego zdaniem był trudny w pilotażu, a przede wszystkim generował drgania. Producent robił co mógł, ale mógł niewiele. Generał rozwinął też wątek F-16, starych bo starych, ale za kilka lat już nie będzie czym łatać. Brakuje też selekcjonowanej amunicji do działka Vulcan, gdyż ta polska produkowana pod zamówienie do „Jastrzębi” nie spełnia warunków technicznych (następuje rozkalibrowanie lufy).
Motto pana generała przejawia się w całej książce:
- Każdy, kto ośmieli się nie tyle skrytykować, co wyrazić własne zdanie, musi liczyć się z tym, że w nocy dostanie szarą kopertę, a w dzień jego karta wejściowa do pracy będzie już nieaktywna (...)
- Polska armia to wyspy nowoczesności na oceanie przeszłości – kończy gen.brygady Drewniak
Gen. brygady dr Adam Duda, wybitny specjalista, strażnik przepisów wojskowych, były szef Inspektoratu Uzbrojenia. Nigdy nie sądził, że zajdzie aż tak daleko, w hierarchii wojskowej. Ze służby odszedł, według autora książki, na własną prośbę.
Dymisję złożył na ręce wiceministra Kownackiego, ale jego odejście stało się sprawą medialną. Szefostwo MON postanowiło w odwecie spektakularnie zdymisjonować pana generała, wcześniej były naciski o wycofanie rezygnacji. Odejście z armii, do tego bez możliwości formalnego ceremoniału przed frontem jednostki, było niemożliwe.
Główny wątek tej narracji, bo to modne ostatnio słowo, dotyczył słynnych Caracali. Trudno uwierzyć, ale autor dość prosto miażdży całą procedurę przetargową. Jak zwykle min. Macierewicz wykonuje całą robotę w białych rękawiczkach, nawet nie spotykając się z panem generałem w sprawie dokumentacji przetargowej, tylko posługuje się dyrektorem Centrum Operacyjnego MON – wymuszającego przekazanie całej dokumentacji do ministerstwa (na Klonową). To kuriozalna sytuacja, bo generał kategorycznie odmówił przesłania oryginałów, co nie spodobało się przełożonym. Druga wersja, drugie podejście dotyczyło przesłania kserokopii.
Dokumenty takie są obarczone klauzulą tajności, nie można ich kopiować na zwykłej kopiarce, co więcej, muszą być rejestrowane. Autor zachodzi w głowę, jak można żądać (bez polecenia na piśmie) skserowania 100 tys. stron. Jak szefowie na Klonowej się zorientowali, że to syzyfowa praca, do tego z opóźnionym ładunkiem prochowym wysłali do Inspektoratu Uzbrojenia... samego dra Berczyńskiego. To niebywałe, że osobę całkowicie obcą w tym bałaganie dopuszcza się do niejawnej dokumentacji. Okazuje się, że to była praktyka, żadnych poleceń na piśmie - tylko telefony, rozmowy, polecenia służbowe – dokładnie tak, jak to robi Jarosław Kaczyński „bez żadnego trybu”.
Wątek dyrektora gabinetu, słynnego Bartka Misiewicza, bo tak się przedstawiał przez telefon, został także naświetlony. Pan generał ocenił go krótko – ignorant, do tego nie słuchał co do niego się mówiło.
Ogłoszenie zakupu śmigłowców Black Hawk, po zerwaniu umowy na Caracale, zastało pana generała ze szklaneczką whisky. Nie mógł uwierzyć w to, co obiecuje minister obrony. To był gwóźdź do trumny!
Według gen. Dudy proponowane w przetargu przez Mielec śmigłowce AW 149 były „wizją zmaterializowaną w prototypie”. Oferta Świdnika zaś nie spełniała kryteriów formalnych – to była tzw. oferta alternatywna. Wojsko nie może kupować sprzętu takiego, który podmioty oferują z trzeciej półki w magazynie – tylko to co jest nam potrzebne! Takie proste - wręcz genialne, tylko polskie zakłady zbrojeniowe nie chcą jeszcze tego zrozumieć. Ale czy one faktycznie są polskie?
Skądinąd wiemy, że śmigłowce Black Hawk proponowane przez Mielec też nie odpowiadały zamówieniom. Ad voce Caracali, do dziś Francuzi nie mają wersji ratowniczo-morskiej (między innymi do namierzania okrętów podwodnych). Ale nie od dziś wiadomo, że nawet w instytucjach centralnych robi się przetargi np. na samochody dla VIP-ów czy prezydentów wg ustalonego klucza, pod konkretny model samochodu. Tylko papież Franciszek może jeździć Fiatem Tipo a b. premier opancerzonym Audi A8.
Generał nawiązuje także do trudnych czasów w Wojsku Polskim, gdy jednostki wojskowe, a nawet wyższe szkoły oficerskie prowadziły własne gospodarstwa rolne np. z własną hodowlą świń. Czasy były trudne, a podchorążowie, kadeci czy żołnierze służby zasadniczej (obsługa) też musieli zjeść - od czasu do czasu – schabowego, a nie tylko groch z kapustą. Dziś tego nie ma, kuchnie polowe na poligonie zastępuje się cateringiem, ciekawe jak to będzie funkcjonowało w czasie "W".
fot. you tube
W tamtych czasach (1991-1998) brakowało wszystkiego, stawki żywieniowe były niższe niż te przysługujące więźniom. Jednak dowódcy jakoś dawali radę, a społeczeństwo, biznesmeni czy hodowcy wspomagali... kwatermistrzowsko jednostki wojskowej. Dziś te relacje nie tylko popsuł „stan wojenny”, ale żaden dowódca nie odważyłby się zlecić umycia swojego samochodu „szeregowemu”. Od razu byłby telefon od red. Michnika lub innych mainstreamowych mediów.
Generał Duda dość mocno akcentuje misje wojskowe, chwali gen. Skrzypczaka – jako nieliczny walczył o honor żołnierzy z wioski Nangar Khel. Tu mała dygresja, jeszcze przed śmiercią, wybitny polski filozof prof. Wolniewicz wskazał na... Macierewicza – to on rozpętał aferę z udziałem polskich żołnierzy. Praktycznie wszystko czego się dotknął rozsadzał od środka - jak woda zamarzająca w zamkniętej butelce - przerostem ambicji, słowami bez pokrycia, uzurpowaniem sobie władzy należącej tylko do królów. A może ciągle wierzy, że zostanie prezydentem?
Zakupy i przetargi dla wojska to było oczko w głowie szefa Instytutu Uzbrojenia. W ramach programu Fenix próbowano zmodyfikować postradziecką rakietę BM 21, zmieniono nawet silnik na francuski, ale efekty były mizerne. Osiągnięcie 40 km było wprawdzie możliwe, ale z byle jaką celnością, poza strefę bezpieczeństwa. Rosjanie się z nas śmiali, bo ich satelity namierzały takie próby poligonowe.
A motto generała, cóż też jest, do tego z mocnym przesłaniem:
- W życiu trzeba iść za tym, w co się wierzy, a nie za... czasami – kończy gen. brygady Adam Duda
Generał Mieczysław Cieniuch – czterogwiazdkowy generał o najdłuższym stażu w wojsku (z obecnych generałów przedstawionych w książce). Aż 43 lata służby, b. szef Sztabu Generalnego. W wojsku przeszedł wszystkie szczeble dowodzenia. Bardzo inteligentny gość, oczytany, jednym słowem lubiany przez podwładnych. Jako jedyny odszedł z ostatniego stanowiska w glorii chwały, ale nie ukrywa, iż pomogła w tym przypadku opatrzność – katastrofa smoleńska.
Wywiad z najwyższym rangą dowódcą zajmuje najmniej stron w całej książce, nie znaczy to jednak, iż nie ma nic do powiedzenia. Jak już powiedzieliśmy wcześniej, o swoim przełożonym wypowiada się najmniej, albo wcale. Mówiąc krótko – jest spełniony, ale jak sam powiedział w karierze wojskowej najadł się trzech rzeczy: strachu, wstydu i... kiełbasy. Dziś nie poszedłby tą ścieżką kariery.
fot. Sztab Generalny WP
Przyznaje, że nie był entuzjastą szybkiego awansu gen. Różańskiego – (...) ludzi trzeba dostosowywać do zadań - mówił. To znaczna różnica pomiędzy nim, a obecnym ministrem obrony, który lekką ręką potrafi awansować - od kwietnia do listopada - panią major do stopnia... pułkownika. Generał Cieniuch dość zachowawczo mówi o awansowaniu na stopień generalski (gen. Różański, gen.Tomaszycki, a przede wszystkim gen. Gocuł). Wraca też do katastrofy smoleńskiej: „W Smoleńsku też ryzykowano życie innych ludzi. Tam się nie udało”. Niestety, żaden z generałów nie wyjawił, dlaczego w samolocie prezydenckim nie znalazł się sam obecny min. Macierewicz...
- Bylejakość sięga najwyższych stanowisk. Kurs generalski można zrobić zaocznie, a nawet nie trzeba go ukończyć, a już dostaje się gwiazdkę – mówi Cieniuch
To i tak powiedziane dość łagodnie, generalskie awanse to także karta przetargowa pomiędzy prezydentem RP a ministrem obrony. Do dziś trwa także patowy stan z gen. Kraszewskim z BBN, któremu odebrano dopuszczenie do dokumentacji niejawnej (będzie jeszcze odwołanie od tej decyzji do premiera RP).
Generał wyjaśnia też problem... kiełbasy. W stanie wojennym nie było go w kraju, bo przebywał na studiach w Moskwie. Z opowiadań kolegów dowiedział się, że nastroje szły w dół, wówczas zaczęto wydawać dodatkową porcję kiełbasy i paczkę papierosów. Cóż, widać koledzy mieli fantazję. Kiełbasę owszem wydawano w okopach, przy ponad 20 stopniowym mrozie, kartki zaś obowiązywały wszystkich, także żołnierzy zawodowych i podchorążych. To oni dostawali przydziałową paczkę, ale nie wszyscy palili. I nie był to żaden wabik na poprawienie nastrojów. Generał zapomina, że w stanie wojennym, wielu podchorążych po ukończeniu akademii czy wyższej szkoły oficerskiej, szykowało się do zmiany stanu cywilnego. W grudniu, jako podporucznicy nie byli pewni, czy minister da zezwolenie na zawarcie związku małżeńskiego. Wojsko decydowało niemal o wszystkim, a kręgosłupy łamano tym, co dali je sobie złamać.
W wywiadzie jest też sporo informacji o wojskowej przygodzie, obowiązkowym egzaminie z wuefu, poligonach czy dowodzeniu czołgiem. W tym ostatnim przypadku załoga czołgu to była niemal rodzina, jadło się nawet z jednej... konserwy. Dziś, nawet na słynnym „obiedzie drawskim’ za prezydentury Lecha Wałęsy do namiotów zaproszono tylko generałów trzygwiazdkowych.
W ramach małej dygresji warto przypomnieć sobie odosobnienie przywódcy "Solidarności" w kompleksie hotelowym "Arłamów". Niektóre media usilnie piszą o więzieniu, cóż zobaczcie sami jakie to więzienie, z kortem tenisowym, boiskiem sportowym czy stawem rybnym (łowisko). Jeszcze kilka lat temu funkcjonował tam bar z trunkami "wolnocłowymi". Takie to było więzienie!
- Nasza armia ciągle daleka była od doskonałości. Ostatnie dwadzieścia lat mocno ją poobijało. Przez lata nie było na nią pomysłu – mówi gen. Cieniuch
- Nie było na nią pieniędzy. Politycy likwidowali dywizje po dywizji – wspomina Cieniuch
Dość mocno podniesiony jest w książce wątek polityki w wojsku, a generał ma na ten temat swoje zdanie:
- Nie znam żadnego przypadku, żeby to armii wyszło na zdrowie. Od polityków można dostać jakiś awans, nawet taki niezasłużony. Tyle, że za takie usługi zawsze przychodzą wysokie rachunki – kontynuuje generał
- Armia zapłaciła bardzo wysoki rachunek za udział w stanie wojennym. Ta trauma ciągnęła się za nami latami. Wojskowi przez lata czuli się obywatelami drugiej kategorii, dlatego moim zdaniem, z taką pokorą znosiliśmy masakrowanie tej instytucji przez polityków – dowodzi gen. Cieniuch
Podsumowanie – jedna z najlepszych książek o wojsku i wojskowości napisana prostym językiem oparta na doświadczeniu kilku najważniejszych dowódców ostatnich lat, z zachowaniem prawdy historycznej.
Wiele też napisano na temat obecnego ministra. Popełnił sporo błędów, szczególnie kadrowych i operacyjnych, obiecywał gwiazdkę w maju – mimo to pozostaje na swoim stanowisku. Niestety nie widać następcy, który chciałby zmienić ten organizacyjny bałagan kompetencji. Jest jak w innej bestsellerowej powieści Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy”, gdzie fałszywy doktor zostaje premierem, a trzykrotnie ułaskawiany przez prezydenta gangster ma więcej do powiedzenia niż szef policji. Oczywiście bardzo polecamy tę książkę wszystkim entuzjastom wojska i wojskowości!
redakcja autoflesz.com![]()