Cała prawda o samochodach elektrycznych!

Europarlamentarzyści to dopiero mają klawe życie. Biorą kasę,  udają że coś w tej Brukseli robią, czasem zagłosują wbrew polskiej racji stanu, zero odpowiedzialności. Może to zbyt surowo, ale po tym jak przystąpili do opracowywania norm emisji spalin, to już wszyscy wiedzą, że to dyletanci. Parlament Europejski na siłę ustala nowe limity emisji spalin dla samochodów. Problem w tym, że wielkie koncerny motoryzacyjne już wiedzą, że nie będą w stanie ich spełnić. To mniej więcej tak jak bajdurzenie b. min. Macierewicza, że Polska obroni się sama.

 fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Jeszcze kilka lat temu media dość mocno przycisnęły  koncern Volkswagena i Audi za aferę "dieselgate". Dziś się okazuje, że kary za ten szwindel najprawdopodobniej były wkalkulowane  od samego początku, a bossowie koncernu wiedzieli o wszystkim. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że jeden z największych koncernów,   choć liże rany, to jednak wyliże się jak ranny pies po walce w klatce. Podobnie jest z największymi koncernami motoryzacyjnymi mającymi w ofercie auta elektryczne. Przecież nie od dziś wiadomo, że ustalone normy emisji spalin są zabójczym katalizatorem rozwoju nie tylko silników Diesla, ale także benzynowych. W przypadku tych pierwszych doszło już do zderzenia ze ścianą, w przypadku drugim rozwój staje pod znakiem zapytania. Czym prędzej więc, wszyscy postawili na auta elektryczne,  kosztami obciążając przyszłego klienta.

Toyota podchodzi do problemu pragmatycznie
Dziś Toyota, jeden z najbardziej nowatorskich koncernów, mówi wprost o zrównoważonym rozwoju. Koncern nie stawia już  wprawdzie na silniki Diesla, ale równolegle rozwija technikę hybrydową (w tym plug-in, ogniwa paliwowe fuel cell, a w  dalszej kolejności stawia na elektromobilność). Ciekawostką poliszynela jest najnowszy model Toyoty Auris, który ma otrzymać praktycznie wszystkie rodzaje silników pod maską. Dziennikarze zastanawiają się, czy będzie także diesel? Wszystko wskazuje jednak, że może to być jeden z najnowszych modeli zakupiony od BMW.

Dla kogo auta elektryczne?
Decydenci z Brukseli wymyślili, że nowe zasady idące w kierunku zmniejszenia emisji dwutlenku węgla to panaceum na całe zło. Jeśli tak, to dlaczego kariery nie zrobiły silniki zasilane  najbardziej ekologicznym paliwem jakim jest CNG/LNG czy nawet LPG? Praktycznie oprócz Turcji, Włoch i jeszcze - kilka lat temu -  Polski,  to medium nie zrobiło należnej mu kariery, zaś ciśnienie na elektryki doprowadziło do histerii nie tylko w Brukseli, ale także w obozie rządzącym w Polsce.

 fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com


Co zatem zrobiono? Decydenci poszli po najmniejszej linii oporu i wprowadzili tzw. opłatę emisyjną na wzmocnienie elektromobilności nad Wisłą. Nie dość, że tylko celebryci, największe konsorcja ludzie sukcesu są zainteresowani takimi autami, to jeszcze dostaną dopłaty z... kieszeni najzwyklejszego kierowcy szukającego w hipermarketowych stacjach najtańszego paliwa.

Dr Dieter Zetsche nadal broni diesla
Dieter Zetsche, prezes Daimlera, zagorzały zwolennik samochodów z silnikami Diesla mówi wprost, iż  jedyną drogą uniknięcia opłat (kar za niespełnianie norm emisji spalin), jest inwestycja w elektryczne auta, których... nikt nie kupuje. Koncern Daimlera nie powiedział „nie” silnikom Diesla i będzie dalej je rozwijał. Nie trzeba przekonywać, że korzyści płynące z tej technologii są bezsprzeczne, a ekologia (?). A czy ktoś zapytał ile kosztuje utylizacja akumulatora do auta elektrycznego czy wyprodukowanie energii do szybkiej ładowarki? No właśnie, wymienia się tylko te cechy, które są nośne,  „zielone” i dobrze komponują się w tym towarzystwie.

Prezes trochę przesadza, bo kraje skandynawskie, szczególnie Norwegia, są mocno zainteresowane autami elektrycznymi, ale to nie rozwiązuje problemu na świecie. Dużo mówi się o ekologii, zaś w Polsce zapomina się, iż jesteśmy skansenem Europy. Dlaczego rząd się zgadza na import niemieckich śmieci, dlaczego ciągle pobłaża się cwaniakom, co robią kokosowe interesy na  „lewych” składowiskach, dlaczego rząd nie zajmuje się tykającą bombą  zatopioną w głębinach Bałtyku? Ale może to właśnie będzie w II kadencji...

Szybkie ładowarki, ale ceny za 1 kWh... paskarskie
W Polsce dużo się mówi rozwoju sieci szybkich ładowarek dużej mocy potrafiących naładować samochód elektryczny w ciągi 20-30 min. Można to porównać do fali nadziei, jaka towarzyszyła rozwojowi stacji tankowania sprężonym metanem. Dziś zaledwie  32 stacje w Polsce, całkowicie odebrały chęć kierowcom inwestowania w CNG. Podobnie może być z rozwojem szybkich ładowarek, a szczególnie z aspektem ekonomicznym. Nikt zdrowy na sercu nie będzie chciał płacić 2,29 zł/kWh na stacjach GreenWay Polska. Nawet Sebastian Kulczyk woli Porsche 918 Spyder od amerykańskiej Tesli. Dlaczego, bo umie liczyć, a najdroższe  w Polsce (hybryda o mocy systemowej 887 KM) auto zużywa zaledwie 3,1 l/100 km i przyspiesza do pierwszej setki w 2,6 s!

Wracając jeszcze do Greenaway Polska, po przekroczeniu 45 minut ładowania w "szybkiej ładowarce" lub trzech godzin w "półszybkiej" użytkownicy zapłacą dodatkowo 40 groszy za każdą minutę. Opłata ma zapobiegać blokowaniu stacji, bo w tym czasie większość aut i tak będzie w stanie naładować się na 100-200 km dalszej jazdy, a rekordzista - nowe Renault ZOE - nawet na 399 km.

Podobnie jak gazem czy wodorem, aż 76 proc. wszystkich ładowarek znajduje się w czterech  krajach EU, głównie chodzi o Niemcy, Norwegię, Holandię czy Szwajcarię. Polska dobija do 200 takich punktów lądowania (w tym  zwykłe gniazdka dostępne na stacjach benzynowych). Jak wynika z wielu opracowań analityków samochody z napędem innym niż benzynowe i wysokoprężnym - nie sprzedają się w krajach, gdzie średni dochód na mieszkańca wynosi mniej niż 35 tys. euro. W Polsce, gdzie od wielu lat utrzymuje się stawka 2100 zł brutto za 40 godz. pracy decydenci myślą o dalszym łupieniu podatnika i... podwyżkach dla prezesów spółek Skarbu Państwa np. PKN Orlen (266 tys.), PKO BP (275 tys.), KGHM (110 tys.) – miesięcznie!

Ustawa o elektromobilności
Wróćmy jeszcze na chwilę do ustawy o elektromobilności, która została napisana na kolanie, co więcej, wynikała z unijnej dyrektywy o paliwach alternatywnych. Gdyby rząd premiera Morawickiego spóźnił  się w jej ogłoszeniu i podpisaniu przez Prezydenta RP, Unia nałożyłaby kolejne kary. Nikt zatem nie pyta się, czy Polska jest przygotowana na wprowadzenie – tak szybko – podstaw elektromobilności.

Karać łatwo, dlaczego zatem nie ukarano Jeana-Clouda Junckera za wyraźną niedyspozycje poalkoholową podczas szczytu NATO. Unia, jak to już powiedziało wielu polityków i dziennikarzy ma podwójne  standardy. Warto tylko przypomnieć Dirka Schuemera w „Die Welt”a szczególnie Gintera Verheugena, byłego unijnego komisarz ds. rozszerzenia UE. Obaj nie pozostawili suchej nitki na unijnych notablach, niestety na Donaldzie Tusku, tak chętnie przyjmującego imigrantów – także.

Wreszcie na koniec, silnik elektryczny nie jest takim wynalazkiem jak słynne już koło. Znany z 1985 roku elektryczny samochód Thomasa Parkera czy Thomasa Devenporta (1834) nie wyparł z rynku aut benzynowych, a tym bardziej diesla. Nie mniej to temat nośny, na fali postępu i z całą pewnością poparty ciśnieniem płynącym z Brukseli.

 

redakcja autoflesz.com

Publish modules to the "offcanvas" position.