O tym nie wolno było mówić: koreańskie sieroty w PRL-u - rozmowa z panią Marią Koszak

Temat ten krążył od dawna w naszej głowie, teraz możemy dopisać środek i zakończenie... Staniszów to dawna wieś rycerska wzmiankowana już w 1307 roku.* Ale nie o historii tej wsi, obecnie mekki najbogatszych (lekarzy, prawników, artystów, ludzi wolnych zawodów) chcemy dziś napisać, tylko o wspomnieniach najstarszych mieszkańców przybyłych tu po wojnie. Jedną z nich jest pani Maria Koszak, wieloletnia dyrektorka Szkoły Podstawowej w Staniszowie, wychowawczyni wielu pokoleń mieszkańców tej wsi, gmin skupionych wokół pobliskiej Jeleniej Góry.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ Płakowice, dwór gdzie przebywało najwięcej sierot z KRLD 

Temat, o którym nie wolno było mówić
Krótką rozmowę przeprowadziliśmy w ostatnim tygodniu wakacji, które obfitowały w wiele atrakcji (Olimpiada w Paryżu, pałac Kopice, kościół w Łomnicy, Jelenia Góra czy wreszcie zamek w Płakowicach obecnie dzielnica Lwówka Śląskiego).

Każdy pałac, zamek, dwór (jak w przypadku Płakowic, bo taką nazwą obdarzyli go mieszkańcy) ma swoją wyjątkowo ciekawą historię. Ten w Płakowicach, gdzie przebywała liczna grupa koreańskich sierot także, ale o tym jeszcze napiszemy nieco później, gdyż jego historia wywarła na nas olbrzymie wrażenie, co więcej, przez wiele lat była tematem tabu.

Chcemy podkreślić, że temat – przez wiele, wiele lat przemilczany – a dotyczący koreańskich sierot był obwarowany zakazami i nakazami. Wiedzieliśmy jednak, że taki okres w powojennej historii Polski miał miejsce, nie wiedzieliśmy jednak, że dotyczył tak bliskich nam miejsc, jak wspomniane Płakowice, Karpacz czy przepiękna wieś Staniszów.

Większość kadry pedagogicznej, która zajmowała się dziećmi z Koreańskiej Republiki Ludowo Demokratycznej już nie żyje lub jest na zasłużonej emeryturze. Nam udało się porozmawiać z panią Marią Koszak, b. dyrektorką Szkoły Podstawowej w Staniszowie, zasłużonym pedagogiem, wychowawcą, z bagażem doświadczeń i wspomnień.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ Pani Maria Koszak, wieloletnia dyrektorka Szkoły Podstawowej w Staniszowie

- Przyjechałam do Jeleniej Góry w sierpniu 1956 roku, jako młoda dziewczyna, absolwentka Liceum Pedagogicznego w Przemyślu, z nakazem pracy – mówi pani Maria Koszak

To wprawdzie dawne czasy, ale w okresie PRL-u obowiązywał nakaz pracy, brakowało nauczycieli, a kształcenie nowych kadr było oczkiem w głowie sekretarzy partyjnych. Dość rzadko mówi się o tamtym okresie szkolnictwa, jeszcze rzadziej – jak wspomnieliśmy - o wychowywaniu koreańskich dzieci.

- Tak to był trudny okres, ale nakaz pracy trzeba było zrealizować bez sprzeciwu. Przyjechałam na dworzec kolejowy w Jeleniej Górze, z jedną walizką i błogosławieństwem ojca, którego musiałam pożegnać w Radymnie (dop. red. - matka została zakatowana w tragicznych wydarzeniach tamtych czasów) – opowiada pani Koszak 

- Na dworcu nikt na mnie nie czekał, ale dość szybko podjechał fiakier dorożką zaprzężoną w zmęczone konie. Chciałam jechać do Urzędu Miasta JG, ale urząd był już zamknięty. Poprosiłam go o podwiezienia na KG Milicji Obywatelskiej. Woźnica strzelił z bata, burknął coś pod nosem i ruszył w kierunku ul. Armii Czerwonej - opowiada nasza rozmówczyni

Jedną z najważniejszych instytucji w mieście, oprócz ludowej władzy i Ludowego Wojska Polskiego była wtedy Milicja Obywatelska. Przypomnijmy, że funkcjonowała wtedy w latach 1944-1989 oraz krótko  w trakcie transformacji ustrojowej w III RP.

- Oficer dyżurny, zadzwonił do jeszcze ważniejszego oficera, a ten zakręcił korbką aparatu telefonicznego do tutejszego inspektora oświaty, podobno jednego z nielicznych magistrów w okolicy, pana Franciszka Domagały - kontynuuję nasza rozmówczyni

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ dziedziniec dworu w Płakowicach

Pan magister, człowiek na właściwym miejscu, zaopiekował się zmęczoną, młodą kobietą. Ugościł, poczęstował kolacją i na koniec skierował do pracy w Państwowym Domu Dziecka (PDD) w Karpaczu. Pracę swoją znał od podszewki, wiedział jak zachęcić przyszłą wychowawczynię do trudnej pracy z dziećmi. Na dworcu kolejowym w Karpaczu czekał już kierownik PDD pan mgr Stoch. Być może, to był dziadek obecnego trzykrotnego mistrza olimpijskiego; nie pytaliśmy o takie szczegóły.

Podróż pociągiem do Karpacza minęła niepostrzeżenie, to zaledwie 17 km od Jeleniej Góry. Po przejeździe, już oficjalnie kierownik Stoch zapoznał młodą wychowawczynię  z obowiązkami służbowymi.

- Nie było łatwo, gdyż w PDD w Karpaczu zajmowałam się grupą najmłodszych Koreańczyków. Bariera językowa, niespotykana karność tych dzieci, indoktrynacja sierot  przez wychowawców z KRLD przerosła moje oczekiwania, siły,  wyobrażenia – wspomina nasza rozmówczyni

Rzeczywiści, to trudna sztuka zapanować nad dwudziestoosobową grupą młodych Koreańczyków (były tam 4 grupy po 20 osób), którzy nie zali języka polskiego, przyjechali tu w czasach głębokiego PRL- u. Warto dodać, iż utrzymywaliśmy w tamtym okresie nie tylko stosunki dyplomatyczne, ale dość bliskie relacje z władzami KRLD.*

*/ W latach 1948-1989 Polska i KRLD wymieniły kilka wizyt międzypaństwowych na najwyższym szczeblu – w 1956 i 1984 r. w Polsce przebywał ówczesny przywódca KRLD Kim Ir Sen, zaś w roku 1986 do Pjongjangu udał się gen. Wojciech Jaruzelski, pierwszy prezydent III RP...

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ z pamiętnika pani Marii Koszak, dedykacja koreańskiego kierownika- tłumacza...

Koreańskie dzieci (sieroty) szybko uczyły się polskiego, gdyż polscy wychowawcy wpadli na pomysł nauki metodą mnemotechniki (metoda skojarzeń). To spodobało się koreańskiemu kierownikowi, a jednocześnie tłumaczowi panu Kim (zachowała się jednak dedykacja w pamiętniku). Jednak nie spodobało się jemy szybkie przywiązywanie się tych sierot do polskich wychowawców, ale i on już niewiele mógł zrobić.  

Trzeba to wyraźnie powiedzieć, że do Polski wysłano ok. 1500 sierot, w samych Płakowicach – przez kilka lat – było ich ponad 1200, a najstarsze z nich miały wówczas po 13-14 lat. Koreańskie dzieci były sierotami, ofiarami wojny, którą w czerwcu 1950 roku Korea Północna wypowiedziała swoim południowym sąsiadom z Korei Pd. (wspieranym  przez Stany Zjednoczone). Polska Ludowa, znajdująca się wówczas w radzieckiej strefie wpływów, ochoczo włączyła się w propagandową misję pomocy północnokoreańskim ofiarom.

Półprawda o najmłodszych dzieciach z Korei Pn.
To co dotąd przedstawiała Polakom propaganda, to była tylko półprawda, którą często tak nazywał śp. ks. prof. Tischner. Znakomita większość dzieci z Północy trafiła do Płakowic,  dzielnicy Lwówka Śląskiego, na Dolnym Śląsku, jak również do Gołotczyzny k. Ciechanowa czy  Świdra pod Otwockiem. Nie wspominało  się nic o Karpaczu, aż do teraz.

  fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ Pałac Staniszów

Dzieci (sieroty) przyjechały do Polski w kilku grupach, jedna z ostatnich w 1953 roku. Co ciekawe dzieci te nie przyjechały z KRLD, ale z terenów głębokiej Rosji, gdzie przebywały w urągających godności warunkach. Były chore, zawszawione, zarobaczone, odtrącone przez wojnę od matczynej opieki. Kolejną ciekawostką jest to, iż przyjazd tych dzieci do Polski, to była decyzja Kremla, polski rząd wykonał tylko – jakże sumiennie – polecenie z Moskwy. W innych źródłach podaje się, iż o taką pomoc poprosił sam Kim Ir Sen. 

Jak łatwo się domyślić, utrzymanie sierot spoczywało na barkach polskiego rządu, ale w tamtych czasach koreańskie dzieci miały nawet lepsze warunki niż dzieci w polskich sierocińcach. Jak twierdzą wychowawcy, sieroty dostawały w nagrodę nawet pomarańcze (i cytryny), co w tamtych czasach było rarytasem na polskich stołach.

 fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ Pałac Staniszów, tzw. Dom Kawalera, dawniej była tu szkoła dla dzieci z PDWD

Dzieci poznawały także Polskę (Dolny Śląsk)
Kolejną ciekawostką jest i to, iż koreańskie dzieci w ramach poznawania Dolnego Śląska zawitały do "Pałacu Staniszów", rodowej rezydencji księcia von Reuss, właściciela tej wsi rycerskiej.*

*/17 lipca 1784 roku Heinrich XXXVIII, hrabia von Reuss- Kostritz poślubił Henriettę von Schmettow, która w wianie wniosła mu wieś Staniszów (niem. Stosdorf)

O tej krótkotrwałej wizycie, w ramach poznawania tej części Polski wspomniała  pani Maria Koszak. Przypomnijmy przy okazji, iż pałac w Górnym Staniszowie był wymieniany w filmie "Twierdza szyfrów", ale nie kręcono tu żadnych klapsów.

- W Karpaczu byłam kilka tygodni, ale praca z koreańskimi dziećmi była bezcenna. Wiedziałam jednak, że niektóre metody wychowawcze chciałabym przenieść do polskiej szkoły. Najbliżej było z Karpacza do pobliskiego Staniszowa, gdzie w dawnym pałacu rodziny von Reussów uczyły się polskie dzieci. Poprosiłam o przeniesienie, a moja prośba została uwzględniona. Tak trafiłam do pałacu w Staniszowie Górnym - opowiada pani Maria

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ Pałac Staniszów, obecnie hotel, kawiarnia, restauracja, basen i SPA

Pałac Staniszów, tuż po wojnie
W „Pałacu Staniszów”, tuż po wojnie, nie było już rodziny von Reussów. Właściciele musieli uciekać do Niemiec i jak przekazywały inne wychowawczynie, zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy.  Pałac jednak nie był pusty, gdyż władze polskiego rządu na tych terenach, kazały zaadoptować pomieszczenia na Państwowy Dom Wczasów Dziecięcych (PDWD; lata 60. ubiegłego wieku). Gwoli ścisłości, konserwator zabytków nie zezwolił na gruntowną przebudowę pałacu. 

- Kierownikiem PDWD był wtedy Jerzy Larkowski. Przebywały tu już polskie dzieci (7-14 lat) z dużych miast: Warszawa, Katowice, Bydgoszcz,   Chojnice - odtwarza z pamięci b. dyrektorka Szkoły Podstawowej w Staniszowie (dop. red. - obecnie gmina Podgórzyn utworzyła tu Schronisko Młodzieżowe )

W tamtym okresie pomieszczenia pałacowe zaadaptowano na PDWD tak, aby nie niszczyć funkcji reprezentacyjnych ostatnich właścicieli. Były tam śliczne jedwabne tapety, obrazy, kandelabry, dębowe podłogi, modrzewiowa stolarka, pralnia, kuchnia, biblioteka,  a także szkoła dla przebywających tam dzieci (obecnie do tzw. Dom Kawalera pomalowany na ceglany kolor).

Okres PDWD w pałacu* dobiegał końca, władze powołały do życia Państwowe Pogotowie Opiekuńcze, gdzie przebywały dzieci-sieroty po orzeczeniach sądowych.

*/ Pałac w Staniszowie Górnym, najprawdopodobniej został wybudowany w 1787 roku, kiedy to właściciel wsi Henryk XXXVIII nakazał wybudowanie siedziby rodowej. Autorzy innych źródeł podają, iż w tym miejscu mógł się znajdować XVI wieczny obiekt, którego fragmenty (ciosy kamienne, fundamenty) mogły być wykorzystane przez budowniczych zatrudnionych przez księcia. Jakkolwiekby na to nie spojrzeć, to w historii rodu von Roussów przewija się informacja o budowie siedziby rodowej, a nie przebudowie.

Do pałacu należy olbrzymi park w stylu angielskim, który ciągnie się aż do Głębocka. Tu dzieci mogły spędzać wolne chwile od nauki, oddychać świeżym górskim powietrzem, poznawać ciekawe rodzaje drzew (np. klon palmowy, łac. Acer palmatum czy tulipanowiec amerykański Liriodendron tulipfera) i kwiatów.

Tragiczny epilog
Powiedzieliśmy na początku, że dzieci-sieroty z KRLD przyjechały do Polski niespodziewanie, można dziś powiedzieć – w tajemnicy. Polityka Kim Ir Sena była przyczyną kolejnej traumy młodych Koreańczyków. W 1959 roku rząd Kima podjął decyzję o natychmiastowym powrocie wojennych sierot do ojczystego kraju. W 1961 roku ich historia się urywa, a władze Korei Pn. wydały zakaz korespondencji.

Dziś w Płakowicach jest jedynie średniowieczny dwór rycerski (i ruiny dawnego szpitala o tragicznej historii) - o czym jeszcze napiszemy. Brakuje, nawet najmniejszej informacji, że przebywały tu koreańskie sieroty. Baptyści, którzy zarządzają tym dworem ucinają jakiekolwiek rozmowy na ten temat.
Karpacz z kolei pozostał jedynie w pamięci żyjących wychowawców i sierot, które nie chciały wrócić do swego ojczystego kraju. Trauma pozostała po obu stronach!

Jeśli zaś chodzi o sam pałac w Staniszowie, to tak naprawdę nie ma pełnej informacji o losach rodziny von Reussów, a w komnatach pałacowych już nigdy się  nie pojawiły dzieci z Korei. Pałac funkcjonuje do dziś, nowi właściciele przeprowadzili jego modernizację, wybudowali kryty basen, są tu zabiegi SPA i gabinety odnowy biologicznej, jest galeria sztuki, a także stacja małej mocy do ładowania aut elektrycznych. Oczywiście jest też restauracja, słynny staniszowski likier (ale nie oryginał Echt Stonsdorfer Bitter, Christiana Gottlieba Koernera), oczko wodne i olbrzymi park w stylu angielskim (choć właściciele podają w stylu francuskim).

fot. polska-org.pl / zdjęcie z 1935 roku

Dom Dziecka Zacisze Leśne Karpacz - jeszcze w 1935 roku był tam pensjonat Waldfrieden, później został zaadoptowany na Dom Dziecka. Karpacz nie ucierpiał na skutek działań wojennych, a powojenne sieroty (na  początku z Polski) miały tam idealne warunki powrotu do zdrowia, także psychicznego. Niestety, w 1980 roku, Dom Dziecka spłonął doszczętnie (konstrukcja drewniana) i nie podjęto już próby odbudowy. Mówi się o podpaleniu, ale sprawców nie wykryto.

Dalsze losy pałacu w Staniszowie
Z chronologicznego punku widzenia dodajmy, że w Staniszowie jest trzeci pałac, choć to zbyt wielkie słowo, miejscowi nazwali go b. zajazdem „Pod filarami”, gdzie również było PDWD dla najmłodszych dzieci, a kierownikiem był mgr Zbigniew Gliński.

Dwa lata w pałacu w Górnym Staniszowie funkcjonował ośrodek szkoleniowy Straży Pożarnej w Jeleniej Górze. Od 2001 roku całość tego kompleksu należy do nowych właścicieli,  którzy mocno promują wydarzenia kulturalne w pałacu, a to z kolei ociepla wizerunek tej  ciekawej wsi.

Od redakcji: Redakcja autoflesz.com dziękuje pani Marii Koszak za rozmowę, chylimy czoła za tak dobrą pamięć, a przede wszystkim przekazane nowemu pokoleniu informacje o sierotach z KRLD. Przyjaciół zawsze poznaje się w biedzie, o czym nie zawsze pamiętają ci, co korzystali z dobroci innych.

 

redakcja autoflesz.com

Źródło: Maria Koszak, rozmowa, Marek Hachulski "Staniszów", 2013 rok

 

 

Publish modules to the "offcanvas" position.