Bieszczady - czternaście dni z życia kolonisty

Niektórzy twierdzą, że kolonie to już niemodny epizod, żywcem przejęty z PRL-u Cóż, nie będziemy nikogo przekonywać do takiego sposobu spędzania wakacji, z dala od rodziców, szkoły i kolegów. Nie mniej, kolonie w Bieszczadach, zwłaszcza z  młodzieżą pochodzącą z rodzin wspieranych przez państwo, to swego rodzaju odskocznia od codziennej redakcyjnej poczty, testów czy nowinek technicznych. To także powód do poznawania coraz ciekawszych miejsc w Polsce. Bieszczady bowiem są jak pierwsza, szkolna miłość!

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / kolonisci tuż przed podziałem na grupy, przygoda dopiero się rozpoczyna

Zawsze tak, mówimy o Polsce, bo nasz kraj jest piękny, ma wiele do zaproponowania i nadal do odkrycia. Bieszczady zaś - przynajmniej naszym zdaniem – należą do najpiękniejszych zakątków naszej ojczyzny. I choć dzisiaj mocno otwierają się na turystów i agroturystkę, są jeszcze dziewicze, piękne i fascynujące zarazem. Trudno się zatem dziwić, że młodzież także odkrywa to piękno, a czas spędzony na koloniach wcale nie uważa za zmarnowany.

Bieszczadzki Zespół Placówek Szkolno-Wychowawczych
Wspomnieliśmy na początku, że koloniści - a była to grupa 100 osobowa - w różnym wieku, z różnych szkół, a w szczególności ze szkół woj. podkarpackiego (Rzeszów, Dynów, Domaradz, Chmielnik, Tyczyn). Najstarsza grupa 14-, 15- i 16 latki to chłopcy i dziewczęta – wszyscy dość szybko zaaklimatyzowali się w nowym miejscu tj. Bieszczadzkim Zespole Placówek Szkolno-Wychowawczych przy ul. Gombrowicza 37.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / połoniny w pięknej krasie, widoczny najwyższy szczyt polskich Bieszczadów ... Tarnica

Naprzeciwko zaś dostępny był Zespół Basenów „Delfin” (basen kryty i odkryty, korty tenisowe, boisko do siatkówki i koszykówki, bieżnia tartanowa). Mówiąc wprost – to jeden z najpiękniej położonych kompleksów sportowych i wychowawczych w Polsce. Na miejscu było boisko do piłki nożnej, gdzie od samego rana kopali piłkę naśladowcy CR7. A trzeba powiedzieć, niektórzy z tych miejscowych "małolatów" mieli wielki talent, może czekający na odkrycie przez nowego selekcjonera polskiej reprezentacji.

Niestety, ani razu nie chcieli konfrontacji z kolonistami, którzy siłą rzeczy musieli rozgrywać swoje mecze pomiędzy grupami kolonijnymi. Tu także zauważyliśmy samorodne talenty jak Kacper, Oskar czy Paweł.
Tak się złożyło, że przez pierwszy tydzień pogoda trzymała w szachu całą kolonię, a w szczególności panią kierowniczkę Grażynę. To ona musiała wymyślić tematy zastępcze, które można było przeprowadzić na terenie trzykondygnacyjnego budynku.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / w drodze na "Chatkę Puchatka"

Czasami z takich nieplanowanych zabaw rodziły się nieprzemyślane – w rozumieniu kolonistów – zabawne momenty, jak dla przykładu celowe zagubienie klucza (albo jego złamanie). Problem pojawiał się zwykle w wolne dni, gdy konserwator nie mógł w żaden sposób pomóc poszkodowanym chłopakom. To oni mieli problem, gdyż widmo spania na korytarzu już zaglądało w oczy. Na szczęście zawsze znalazł się wychowawca, który potrafił to i owo naprawić. Dowcipniś też nie przypuszczał, że pani kierowniczka obciąży go za szkodę w mieniu.

Kolonijne przyjaźnie, wakacyjna miłość
Gdy grupa rozkręciła się na dobre, pojawiały się już pierwsze znajomości, przyjaźnie, a nawet kolonijne miłości. To piękne, bo tzw. pary miały na kolonii klawe życie. Jednym z takich epizodów były oświadczyny, a później kolonijny ślub. Były wzruszenia, prawdziwi świadkowie, a nawet certyfikaty zawarcia takiego kolonijnego związku. Czasem wyglądało to humorystycznie, gdy dziewczyna z najstarszej grupy pani Justyny wybrała sobie spokojnego marzyciela z grupy pani Małgosi. Nawet pani kierowniczka, zwykle surowa w ocenie i mocno trzymająca dyscyplinę, śmiała się do rozpuku.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / 

Doskonała zabawa była także podczas zajęć kosmetyczno-fryzjerskich, gdzie chłopcy wcielili się w słynnych stylistów. Co ciekawe powstały zaskakujące stylizacje, wprawiające dziewczyny, a nawet wychowawczynie – zwykle dość zasadnicze, by nie powiedzieć surowe – w błogi trans.

Ognisko rzecz święta, kleszcze niekoniecznie
Sporo działo się na kolonijnym ognisku, pewnego wieczoru na gitarze zagrał pan konserwator, który często koncertuje z grupą „Pod Budą”. Było energetycznie, nastrojowo, a nawet historycznie. Gitarzysta opowiadał o Bieszczadach, a w szczególności o ludziach, którzy tu mieszkali, a nawet ostatnich zakapiorach. O Grekach powstała nawet piosenka, którą zaśpiewał w oryginalnym języku.

- Greków, a właściwie potomków, jest tu coraz mniej, gównie zamieszkują Krościenko, kilka rodzin osiedliło się w Ustrzykach Dolnych - mówi muzyk-konserwator

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com 

Jeśli było ognisko, to musiały być i kleszcze, które tego lata dalej czyhają na beztroskich turystów. Jak się okazało, na drugi dzień dłuuga kolejka ustawiła się do pani Joli, pielęgniarki. Z kleszczami nie ma żartów, są bezwzględnymi pajęczakami, żerującymi nieświadomie na skórze człowieka. Pani Jola, niestety, nie mogła zająć się wszystkimi przypadkami, znów pomógł wychowawca, który za zgodą pani kierowniczki, rozwiązał problem do końca kolonii.

Nie próbujcie jednak robić tego sami, bo wystarczy kawałek pozostawionego pajęczaka i borelioza odkleszczowa może uprzykrzyć życie niefrasobliwego nastolatka. Kleszcze to utrapienie, ale musimy powiedzieć, że innych krwiopijców tj. komarów, a nawet much - w Bieszczadach nie widział nawet kolonijny zaopatrzeniowiec Kuba, który w harcerstwie spędził połowę życia. Ale właśnie z takimi ludźmi, jak pani Ela, plastyczka z Ełku, Justyna, psycholog z Lublina, pani Elżbieta, nauczycielka matematyki z Krosna, pani Paulina, nauczycielka z lubelskiego, pani Małgosia, nauczycielka z Białegostoku, Alex, filozof i b. bokser jednocześnie czy pani Grażyna, wieloletni pedagog z Warszawy... można konie kraść.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / Solina i największa w Polsce hydroelektrownia

Poranna zaprawa fizyczna
Koloniści nie lubią nicnierobienia, ale nie wszyscy polubili poranne wstawanie o godz. 7.00. Później miała być poranna zaprawa fizyczna, toaleta poranna, słane łóżek śniadanie. Wyszło, jak zwykle. Tylko jedna grupa chłopców codziennie miała przebieżkę i lekkie zajęcia ogólnorozwojowe na kompleksach basenów „Delfin”.

Zaskoczenie? Nie! Dopiero pod koniec kolonii chłopcy przyznali, że PZF była nawet ciekawa. Wprawdzie nikt od nich nie wymagał, aby płynęli 10 długości basenu i biegali 5 km „trasą zieloną” wokół Ustrzyk i jeszcze jeździli na rowerze jak triathlonowcy, to oczekiwali sportowych emocji. I tak, w rzeczy samej było. Zajęcia były tak dobrane, aby każdy z chłopców mógł stopniowo rozwijać swoje słabe strony. Ogólnie utarło się, że młodzież ma awersję do sportu. Tymczasem nie tylko najstarsza grupa chłopców chciała rywalizować, grać w siatkówkę czy „Dwa ognie” z dziewczynami.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com  

Dzień Sportu, gry i zabawy
Jak przystało na kolonistów z pasją, w programie nie mogło zabraknąć „Dnia Sportu”. Wspomnieliśmy, iż Zespół Basenów „Delfin” gwarantował doskonałe warunki do takich wydarzeń. Każde zajęcia sportowe odbywały się właśnie tam.
Jeśli nie było pogody,  pani Paulina z nauczycielkami wmyślały ciekawe zabawy możliwe do przeprowadzenia w budynku placówki. Były zatem kalambury, zgadywanki wspierające rozwój dziecka, konkursy plastyczne (na temat niepodległości Polski), a także rozgrywki o najlepszego sportowca na kolonii w takich konkurencjach jak: tenis stołowy, bilard, najlepszy piłkarz strzelający „11”, najlepszy i najwszechstronniejszy sportowiec. Po przeprowadzeniu wszystkich konkurencji najlepszym i najwszechstronniejszym sportowcem został Damian.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com /  Dzień Sportu na obiektach Zespołu  Basenów "Delfin"

Damian był także wiceprzewodniczącym Samorządu Kolonijnego (w szkole wielokrotny finalista konkursów historycznych). Jego kolega Kacper (w okularach), także z tej samej grupy został wybrany przewodniczącym "Samotnych Wilków". Jako sportowiec dzielnie uzupełniał kolegę i doskonale rozmiękczał konflikty. Obaj świetnie się uzupełniali. W rzeczy samej nie byli oni tacy samotni, bo grupa najstarszych dziewcząt już zadbała o konwenanse. Sport to jedno, a łamigłówki intelektualne to drugie. Najważniejsze, iż wszyscy znaleźli to czego szukali.  Najciekawsze były zgadywanki, gdzie trzeba było odpowiedzieć np. na pytanie czy krowa bieszczadzka ma cztery nogi, albo jakie jogurty przygotował na podwieczorek pan Kuba? Zabawa przednia, a panie nauczycielki przygotowujące te zabawy miały ubaw  "po pachy".

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com /  kalambury i rozrywki intelektualne, for. 4 najlepsi tenisiści stołowi  (Oskar w czerwonej koszulce  zwycięzca) z panią  Grażyna, kierowniczką Kolonii

Wycieczka goniła wycieczkę
Rewelacyjnie wypadła wycieczka nad Solinę, gdzie zbudowano największą w Polsce zaporę hydrotechniczną. Przewodnik zaś pokazał ryby mutanty, opowiedział o samej budowie i ciekawostkach bieszczadzkich. Nie powiedział zaś, że kolonista nie może kupić noża sprężynowego od licznie zgromadzonych na pasażu handlowców.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com  / styliści na start, czyli chłopcy z zaangażowaniem wykonują make-up koleżankom, pani Grażyna - kierowniczka także poddała się ceremoniałowi... 

Co się tyczy ciekawostek, jedną z nich jest moc samej elektrowni wodnej, zdolna do zasilania w prąd elektryczny miasta wielkości Wrocławia.

Pracować tu mógł niemal każdy, kto nie miał dwóch lewych rąk, posiadał zdrowe płuca i nie miał innego pomysłu na życie – mówił przewodnik

- Niewątpliwie na plac budowy przyciągały wysokie zarobki i możliwość ukrycia swojej tożsamości. Często byli to ludzie po wyrokach – mówił przewodnik

Podobnie rzecz się ma ze smolarzami, wypalającymi węgiel drzewny. To już ginący zawód, bo do Polski eksportowany jest tańszy węgiel drzewny z Ukrainy, jak węgiel kamienny z Rosji i Chin.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com  / jedna z najciekawszych wycieczek do Muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego, for.3 grupa dziewcząat młodszych pani Elżbiety, fot.4  grupa najstarszych dziewcząt pani Justyny

Wreszcie przyszły afrykańskie upały
Rzeczywiście, pogoda w Bieszczadach zmienia się jak w kalejdoskopie. Często na połoninach świeci słońce, aby za kilka godzin poczęstować turystów rzęsistym deszczem. Co ciekawe, dość często jest tak ulubione przez fotografów niebieskie niebo.

Tym razem wyprawa na Połoninę Caryńska i Wetlińską odbyła się bez przeszkód. Jednak w wyższe partie „Chatki Puchatka” przewodnik nie zezwolił wspinać się grupie. Niedawne ulewy, wspomniana, zmienna aura i brak odpowiedniego obuwia zmusiły przewodnika do podjęcia słusznej decyzji. Ale widoki, które pokazaliśmy dużo wcześniej zapierają dech w piersiach. Właśnie dla takich krajobrazów, takich przeżyć, obcowania z przyrodą sam na sam ściągają tu masowo turyści.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com  / dwie najstarsze wiekowo grupy kolonistów przed Miejską Biblioteką Publiczną  w Ustrzykach

Inne wycieczki
Kolonia odpoczywa aktywnie, dlatego pani Grażyna załatwiała inne atrakcje. Były zatem wycieczki do „Muzeum Młyna i Wsi”, wizyta w Miejskiej Bibliotece Publicznej i przepiękny wykład o historii Bieszczadów i samych Ustrzyk, była też wizyta w Izbie Pamięci. Ale wszyscy byli pod wrażeniem Muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Liczba zgromadzonych tu eksponatów, dzikich zwierząt i ptactwa zadziwia niejednego znawcę tematu. Niektórzy już zapowiedzieli, że wrócą tu raz jeszcze. Paweł, największy urwis-kolonista powiedział „Pierwszy raz byłem w tak dobrze wyposażanym miejscu. Nie sądziłem, że spotkam tu niedźwiedzia brunatnego i żubra bieszczadzkiego”.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com

Świetną odskocznią od codziennych obowiązków kolonisty było też zwiedzanie Ustrzyk Dolnych, miejsc pamięci narodowych, cmentarzy (w tym kirkut z XVIII w.). Warto w tym miejscu dodać, że spotkanie niedźwiedzia w marszu na pożydowski cmentarz nie jest niemożliwe. Informują o tym tabliczki ostrzegawcze!  
Obecnie cmentarzem opiekuje się Ustrzyckie Stowarzyszenie Turystyczne "Bieszczady", Karpackie Stowarzyszenie Turystyczno-Kulturalne "Dar Karpat" oraz uczniowie miejscowego gimnazjum, pod kierownictwem prof. Edyty Guli. W 2006 roku rozpoczęto inwentaryzację, doliczono się ponad 300 grobów, a inskrypcje na macewach w j. hebrajskim sfotografowano i oddano do tłumaczenia.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com

Wizyta w miejscach pamięci narodowej była inspiracją do przygotowanego przez kolonistów przedstawienia. Pomysłodawcą całej inscenizacji była pani kierowniczka a reżyserem każdy z wychowawców. Wszystkie grupy przedstawiły niemal całe spektrum historii Polski, od przyjęcia chrztu, aż po odzyskanie niepodległości. Talenty plastyczne pani Eli można wykorzystać w każdym teatrze, ten na obiektach basenów "Delfin" wypał znakomicie.

Konkurs czystości
Chyba na każdej kolonii organizowane są konkursy czystości. Podobnie było tu w Ustrzykach Dolnych. Każdego dnia, komisja pod przewodnictwem pani Małgosi z Białegostoku oceniała wszystkie pokoje kolonistów. Posypały się dwójki, ale były też piątki, a nawet szóstki. We współzawodnictwie wygrały cztery pokoje „Samotnych wilków”, tj. najstarszych chłopców. Jak się później okazało, dziewczynki wcale nie tak chętnie trzymają harcerski porządek i dryl wojskowy. Ale to już historia, z której należy się śmiać i docenić starania chłopców.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com  / basen i zaślubiny kolonijne, to chyba dwa najważniejsze rozdziały z życia kolonisty...

Basen i figle wodne
Powiedzieliśmy, że Ustrzyki posiadają wspaniałą bazę sportowo-rekreacyjną, a Zespół Basenów „Delfin” jest tego namacalnym przykładem. Dzieciaki wprost się rwały na wiadomość, że od rana pójdą na basen. I tak było, a kąpiele - również te słoneczne - nie zapowiadały ciężkiej nocy. Wiadomo przecież nie od dziś, że promienie słoneczne operują jak ostry skalpel chirurga. Dopiero wieczorem rozpoczął się horror, spalone plecy i bąble na ramionach nie dawały spać. Na szczęście pani kierowniczka miała zbawienny Panthenol, który po raz pierwszy był lepszy niż  smartfony w dłoniach kolonistów. Przez gabinet zabiegowy przewinęło się tylu kolonistów, że jedno opakowanie nie wystarczyło na spalone plecy.

fot. Krzysztof Golec©, autoflesz.com / zakończenie kolonii było radosne, ale były też łzy podczas pożegnalnego apelu. Przez dwa tygodnie młodzież zżyła się jak wielka rodzina, ale kiedyś trzeba wracać. Niektórzy już myślą, że powrócą tu za rok, jak kiedyś śpiewał Krzysztof Klenczon...

Czardworek k. Brzozowa – dzień pierwszy i ostatni
Czardworek k. Brzozowa to jedno z najciekawszych miejsc przedsionka Bieszczadów. Tu Tarnobrzeskie Stowarzyszenie Inicjatyw Artystycznych FRAM ma swoją kwaterę główną. Kiedyś był to dworek biskupów, obecnie ośrodek turystyczny na malowniczym wzgórzu Przysietnica 883. Podziwiać tu można - jak powiedzieliśmy - przedsionek Bieszczadów, a nawet szykującą się do lotu Babę Jagę, na miotle oczywiście. Zapytacie dlaczego, bo niezwykłe obserwatorium astronomiczne (zamontowane na wieży) pozwala na penetrację nie tylko perseidów, ale także wielu postaci z Harrego Pottera.
Tu wreszcie spotykają się na odprawie przedkolonijnej nauczyciele biorący na swoje barki odpowiedzialność za uczestników zgrupowania. Nie jest to temat łatwy, ale to grono pedagogiczne wyszło zwycięsko z tej potyczki. I jak wieść kolonijna głosi, jeśli będzie kolejny raz, to nie będzie znów taryfy ulgowej. Bezpieczeństwo kolonistów, porządek ogólnowojskowy i harcerski mir będzie utrzymany!

Zamiast zakończenia
Wydaje się, że o Bieszczadach napisano niemal wszystko, wiele jednak jest do odkrycia. Dzika przyroda, cudowne połoniny, świerkowe lasy, szlaki o różnej skali trudności, a przede wszystkim ślady przenikających się kultur (polskiej, ukraińskiej, łemkowsko-bojkowskiej, ormiańskiej, greckiej, niemieckiej, a także żydowskiej). To wszystko sprawia, że Bieszczady stymulują naszą wyobraźnię i przyciągają ponownie, jak pierwsza miłość w szkole. Tak, w Bieszczadach można się zakochać. Nigdy nie zdradzą i nie powiedzą złego słowa; kiedy nas już nie będzie one nadal trwać będą...  

 

redakcja autoflesz.com

Publish modules to the "offcanvas" position.