Dziennikarze ogłosili tę wiadomość spontaniczne – to najważniejsza, a przynajmniej najbardziej gorąca, prezentacja na Salonie w Genewie. Sam Sergio Marchionne, CEO Fiata i Chryslera, zaszczycił stoisko Farrari. Następca słynnego modelu Ferrari Enzo błyszczał we fleszach Nikonów i Canonów.
fot. Carscoop
Następca modelu Enzo, który otrzymał nazwę... LaFerrari, w jedynym słusznym kolorze – czerwonym - prezentujemy z rumieńcami na twarzy. Rzeczywiści robi wrażenie.
LaFerrari zostało wyposażone w wolnossący, wysokoobrotowy silnik 6,3- litra V12 800 KM (przy 9000 obr./min.). Jeśli myślicie, że to już wszystko na co stać firmę z Maranello, to jesteście w błędzie. Inżynierowie najsłynniejszej stajni wyścigowej na świecie dodali motor elektryczny o mocy 114 kW. To jednak nie wszystko. Teraz moc hybrydowego napędu wynosi aż do 963 KM. Maksymalny moment obrotowy dorównuje najmocniejszym ciężarówkom MAN-a, Scanii czy Volvo – jedynie 900 Nm!
Katapultowanie do pierwszej setki trwa mniej niż 3 sekundy, 15 sekund trwa rozpędzenie bolidu do 300 km/h. Prędkość maksymalna została ograniczona do 350 km/h. Ferrari wykorzystało specjalne opony Pirelli, aby sprostać wymaganiom techniczny w zakresie prędkości.
LaFerrari wyposażono w pakiet akumulatorów litowo-jonowych zasilających silnik elektryczny (masa 62 kg). Sprytnie poradzono sobie z rozkładem masy (41% z przodu i 59% z tyłu), masa całkowita bolidu zaledwie 1255 kg.
Jak donoszą nasze jaskółki, Genewa to prawdopodobnie jedyna okazja aby obejrzeć i sfotografować „na żywo” to cudo techniki. Producent wyprodukuje tylko 499 egzemplarzy! Cena, lepiej nie pytajcie. Podstawowa wersja, bez złotych dodatków i aplikacji kosztuje jedynie 1,3 mln euro. Większość modeli już została wykupiona przez arabskich szejków. Ponoć jeden model zamówiła też Tina Turner dla swojego męża.
Źródło: Carscoop











