Rośnie nasz dział redakcyjny „Warto zwiedzić”. Mieliśmy już opisy z wycieczki do Turcji, z Wysp Kanaryjskich, Indii, Tunezji, Krety, Grecji, a także Krymu i Japonii. Dziś Egipt widziany okiem zmotoryzowanego turysty, ponad rok po aksamitnej rewolucji.

fot. Alaa Zakaria
Egipt, krótko przed rewolucją mieliśmy już na reakcyjnym rozkładzie. Dziś najciekawsze informacje dotyczące logistyki, sieci dróg, samochodów i zwykłych ludzi. Okazja do wyjazdu nadarzyła się sama, opcja „last minute” miała być najlepszym rozwiązaniem. Pamiętałam jednak o kłopotach, wręcz plajcie największych biur podroży w Polsce. Powiem szczerze, obawiałam się tego wyjazdu. Jednak dogodny wylot ze Szczecina lub Bydgoszczy, rozsądna sumka 1700 zł za tydzień za nic nie robienia wyglądała przekonywująco.
5,5 godziny lotu i jesteś w Hurghadzie
Lot z międzylądowaniem w Szczecinie trwał 5,5 godziny. Samolot czarterowy Egipskich Linii Lotniczych robił dobre wrażenie, a obsługa wydawała się profesjonalna. Tak było w rzeczywistości, ale skończyły już darmowe napitki i poczęstunki. Nikt nam nic nie zaproponował.
Lotnisko Hurghada zrobiło na nas dobre wrażenie. Zaskoczyło nas kilka rzeczy: podstawiony autobus od miejsca wylądowania pod same drzwi lotniska, wzorowa czystość, markowe sklepy oraz dobra informacja ze strony biura podroży. Jak to zwykle bywa, piętą achillesową jest rozwożenie turystów po wyznaczonych hotelach. Ja trafiłam do czterogwiazdkowego Sunny Days el Palacio. W Polsce przestrzegali nas, że może być różnie. Rzeczywistość okazała się biegunowo odmienna od relacji Polaków, wcześniej spędzających tam wymarzone wakacje.
Mówię zatem wprost, profesjonalna obsługa, dobre, a nawet bardzo dobre wyżywienie w opcji „all inclusive”, zaangażowanie rezydenta Alaa Zakaria i jego poprawna polszczyzna. Na porannym przywitaniu „full opcja” czyli wycieczki fakultatywne, co wolno zwłaszcza czego nie wolno, skargi i wnioski, etc. Wycieczki oczywiście płatne dodatkowo, w dolarach lub funtach egipskich; obie opcje są honorowane na jednakowym poziomie.
Złego słowa nie mogę powiedzieć o obsłudze hotelowej, aczkolwiek nie zobaczycie tu styranych ciężką pracą kobiet w czadorach. Kobiety egipskie mają totalny zakaz obcowania z cudzoziemcami, dlatego personel sprzątający „staff” to sami mężczyźni. Jedyna rzecz, jaka mi przyszła wtedy do głowy, to fakt, iż sprzęt hotelowy - w tym klimatyzacja i sanitariaty - pracował bezawaryjnie. Serwis hotelowy pracował przed przybyciem turystów, a nie w trakcie doby hotelowej, jak to miało miejsce w Tunezji. Tam niemal wszystko opiera się na tzw. prowizorce. Jedynie ludzie byli naturalni, choć styrani pod rządami Ben Alego.
Nowości po rewolucji
Jedną z ciekawszych zmian, jakie dostrzegłam, potwierdził to rezydent, była praca dla Egipcjan. Nowy rząd zaproponował miejscowym mieszkańcom (mężczyznom) samochody, czyli taksówki w celu zarobkowania. W Hurghadzie jest ich ok. 2 tys., a każdy taksówkarz walczy o klienta. Dość sympatycznie wygląda tam zaradność i pomysłowość szoferów, aby wessać na pokład np. Polaka czy Rosjanina. Potrafią zatrzymać się na środku ulicy, a nawet na rondzie i przekonywać o najniższym kursie w mieście. Inni użytkownicy dróg nawet nie używają sygnału, bo to sytuacja dnia codziennego. W Polsce to nie do pomyślenia… Zgadzają się za to całkiem dobre Dacie, jako taksówki.
Ciekawostką jest fakt, że mając tzw. znajomości, można otrzymać za kilkaset funtów egipskich (1 EGP = 0,70 PLN). Podobno sam egzamin jest bardzo trudny w sensie przepisów kodeksu drogowego. Zatem jakie panują tam zasady – nie ma zasad „kto pierwszy ten lepszy”. Kierowcy jadą środkiem pasa, zajeżdżają sobie drogę, a nawet „popychają” pieszych. O dziwo stłuczek brak, ale samochody nie są tak utrzymane jak w Polsce, jednak znacznie lepiej niż w Tunezji. Tam przypomnijmy, jazda bez błotnika czy zderzaka, z wgniotami na drzwiach jest czymś zupełnie normalnym. Nikt w Tunezji nie złowieszczy, jeśli urwie lusterko czy porysuje lakier. Jedna cecha wspólna Tunezji i Egiptu - transport publiczny nie istnieje. Zastąpiły go wspominane taksówki lub dorożki. Kolej turla się jak w Polsce przed wojną.
Pustynia weryfikuje pojęcie o świecie
W ramach wycieczki fakultatywnej pojechaliśmy z grupą Polaków i Rosjan na Pustynię Wschodnią. Tam naszymi przewodnikami byli Beduini, rdzenni mieszkańcy, zaprawieni w pustynnych przygodach, słowem tacy „survivalowcy” w ekstremalnym wydaniu.
Od razu nas poinformowano, że środkiem ciągu będą… wielbłądy. Koleżanki z Rosji podpowiedziały, że nawet nie śmierdziało jednogarbnym z pyska. Te z Tunezji były okropne. Na miejsce zbiórki dojechaliśmy jeepami i kilkuletnimi Toyotami. Ten sprzęt sprawuje się tu znakomicie, a co najważniejsze, nawet kowal w oazie potrafi to naprawić bez specjalistycznych narzędzi. Rozmawialiśmy o tym fakcie w naszej paczce, Sasza nawet roześmiał się, bo w Rosji jeździ bmw X6.
- Tu byłbym bez szans, nawet wymiana oleu sprawia problem miejscowym. Ciekawe co by mi zaproponowali do silnika, może olej kokosowy – powiedział rubasznie Sasza
Chyba miał rację, ten typ (ale nie typ spod ciemnej gwiazdy) wie co mówi. Jedno jest pewne, nie wolno dawać Beduinom komórek i aparatów fotograficznych, zepsują lub wrzucą do piachu.
Kierowcy Toyot pędza po pustyni, jak huragan Izaak w Nowym Orleanie. Tutaj nie liczy się wymuskany sprzęt, lakierowane zderzaki czy wydajne intercoolery pod maską, jak w Mitsubishi naszego Adama Małysza. Tu liczy się niezawodność i znajomość terenu naszego przewodnika. GPS jest reliktem snoba i przemądrzałego Amerykanina. Wszędzie piach, kurz, hopki i zdradliwe dziury, które w takim bmw czy audi Q7 spowodowałyby nieodwracalne skutki. Zarówno audi, jak i bmw nikt tu nie chce, czasami szef szefów, który zażądał niedawno ponad 660 mln dolarów haraczu za uwolnienie zakładników, z hotelu Aqua Sun, podjedzie kilkuletnim mercedesem klasy S.
Safari, pustynne Safari z quadami w tle
Nie wiem jak jest na Dakarze, ale czasami śledzę zmagania Krzyśka Hołowczyca i naszego Orła z Wisły. Nie potrafię porównać umiejętności naszych i miejscowych, często zwanych tubylcami z Egiptu. Jedno jest pewne wszyscy dopasowali się jak w korcu maku. Samochody, quady, spidery (autka bez skrzyni biegów, jakoś tak) czasem samoróbki - pod tubylcami wyprawiają rzeczy niemożliwe. Niemal się nie psuja i zawsze dojeżdżają do wyznaczonego celu podroży. Ten jest najważniejszy, bo turysta nie może się spóźnić, to dodatkowe koszty, na które organizator wycieczki nie może się narażać. Cena niemal całodniowej wycieczki to 45 dolarów.
Jedną z ciekawszych wycieczek fakultatywnych jest wypad na rafę koralową (od 8.00-14.00). Godzinna podróż katamaranem (ze szklanym dnem) kosztuje 45 dolarów. Niestety w Egipcie obowiązuje rygorystyczne prawo zabraniające przywożenia eksponatów z rafy. Niesubordynacja jest karana dotkliwie – nawet 2 tys. dolarów.
Ceny zróżnicowane, a drogi niemal wymuskane
Ogólnie można powiedzieć, że życie w Egipcie toczy się pod dyktando turystów, sieci ekskluzywnych hoteli, z dala od problemów miejscowej ludności. Pamiętam jednak, jak poprzednia czytelniczka waszej redakcji narzekała na czystość poza rejonem hotelu, głownie w mieście Sharm El Sheikh. To chyba niesłuszny stereotyp.
Przykładowe ceny: kawa (niedobra) 7 zł, woda mineralna 1,40 zł (gazowana 2 l 3,50 zł), lody 4,20 (na patyku), wino (niedobre) – nie piłam, piwo 5 zł (nawet dobre).
Drogi są zdecydowanie lepsze niż w Polsce, chociaż krawężniki (bardzo wysokie) mogą być zmora dla Citroenów, Skody czy Peugeotów. Nigdzie nie widziałam posterunków policji, ani wojska – to wyraźna różnica w stosunku do Tunezji.
Ceny paliw – nie uwierzycie
… że mogą być takie tanie. Niezmiennie od stycznia tego roku ceny benzyny i ON kształtowały się na niskim, a w polskich realiach na bardzo niskim poziomie. Jeszcze w styczniu tego roku cena benzyny wynosił 90 grosz za litr. Pod koniec lipca jeszcze spadła do poziomu 60 grosz/litr. Nie to nie pomyłka, tylko w Polsce i kilku krajach o wyższych dochodach na mieszkańca te ceny są wyższe (Norwegia, Dania czy Szwajcaria).
Jak to wytłumaczyć, to pytanie trzeba zadać min. Rostowskiemu. To polski fenomen, ale nie do śmiechu jest przeważającej części Polaków.
Podsumowanie: Egipt to kultura, nawet wielka kultura Faraonów, piękne hotele, czyste plaże, rafy koralowe, piramidy. Rzadko jednak mówi się o tym, że Egipcjanie boją się turystów, szczególnie kobiety. Polacy jadą tam bez wiz - teoretycznie. Faktycznie na bramce kontroli celnej trzeba zapłacić 15 euro. Egipcjanin płaci dużo więcej, a przyjazd do Polski zrealizuje tylko na zaproszenie. Gwoli ścisłości, do Polaków nic nie mają, lubią Rosjan i Niemców. Przemysł, szczególnie hotelarstwo, to wizytówka warta spędzenia tam kilku tygodni zaplanowanego urlopu.
Jeśli chodzi o takie wynalazki jak autogaz czy CNG, to nie spotkałam takiej stacji. Z tego wynalazku nie korzystają nawet Beduini na pustyni, więc po co mieszać w głowach Polakom.
Autor: Agnieszka (nazwisko do wiadomości redakcji)
Od redakcji: dziękujemy naszej Czytelniczce, za żywiołowy przekaz a nie przepisywanie folderów reklamowych biur podróży. Mamy też swój ogląd na stan dróg, dbałość o czystość w Krajach Arabskich a także na kursowanie kolei. Według naszego redakcyjnego globetrottera kolej w Egipcie turla się nieco szybciej niż u nas przed Euro 2012. Dowodem na to może być kolejny ciekawy materiał: http://kolej.wikidot.com/blog:dz-pociagi-jezdza-dzis-dluzej-niz-przed-wojna. Z kolei wcale nie dziwi nas, że przy takiej cenie paliw nikt w Egipcie nie pyta o autogaz. Dodajmy, że oprócz wymienionych modeli Dacii, dość mocno hołubione są Hyundaie w wersji taxi.
Zatem czekamy na kolejnych Czytelników i dobre zdjęcia. Najlepsi, z ostrym piórem, zostaną nagrodzenie pod koniec roku.
{nice1}

















