Aż trudno uwierzyć. Niedawno opublikowaliśmy ankietę niemieckich kierowców, którzy nie chcą elektryków. Tymczasem raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wskazuje na nowy problem z pojazdami EV. Naszym zdaniem irracjonalny, ale unijni urzędnicy znów widzą to inaczej.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com
Niemieckie media już wysyłają sygnały, iż elektryki mogą dostać czerwone światło przy wjeździe do niemieckich miast. Dlaczego?
Tym razem nie chodzi o recykling zużytych akumulatorów czy bezszelestną pracę, tylko o opony i koła. Już nie tyka się diesli za cząstki stałe emitowane z układów wydechowych, bo rzekomo problem ten nie istniej w Niemczech (filtry DPF, AdBlue i inne wynalazki).
Nowym problemem okazuje się być fakt, że samochody posiadają... koła. Teraz eksperci OECD zwrócili uwagę na rosnące znaczenie cząstek stałych emitowanych do atmosfery, np. zużywające się okładziny hamulcowe, dedykowane opony i ich oddziaływanie na nawierzchnię. To ciekawostka, bo opony w samochodach osobowych i tirach także oddziaływają na nawierzchnię. Ale, jak przyznają eksperci Michelin, elektryki mają większą masę, znacznie większy moment obrotowy dostępny już od najnowszych obrotów i żwawo przyspieszają. Ich zdaniem elektryki znacznie szybciej dokonują też destrukcji na dedykowanych oponach.
Czyżby zaczynało się sypanie piaskiem w tryby rozpędzonej maszyny – elektromobilności? Przecież ktoś musi dowieźć towary do sklepów miejskich, marketów i hipermarketów. Tę logistyczną stronę mocy miały właśnie przejąć auta elektryczne. Co więcej, w wielu miastach jeżdżą elektryczne autobusy, aczkolwiek w wielu polskich miastach nie dokonały przełomu.
Wprawdzie nie ma oficjalnego planu – zakazu wjazdu elektryków do centów niemieckich miast, ale ten problem jest brany pod uwagę.
Źródło: Bloomberg, OECD, poboczem.pl