XXIII Festyn Archeologiczny w Biskupinie – redakcyjne podsumowanie

Coroczny festyn archeologiczny organizowany w Biskupinie,  to niezwykła okazja poznania historycznych dziejów na przykładzie żywej lekcji historii. Głównymi bohaterami tegorocznej edycji byli wojownicy i ich boscy opiekunowie. Aura tajemniczości rozpościerała swoje intrygujące sidła niczym gęsta mgła otaczająca teren biskupińskiego cypla. Wystarczyło się w nią zanurzyć by usłyszeć pradawne śpiewy, szczęk oręża, odgłosy pracy rzemieślniczej, a nawet... gwizd kolejki wąskotorowej. Do tego morze zwiedzających, uczniów ze szkół, jak również gości pragnących przeżyć kolejny ciekawy dzień z historią.

fot. Alicja Gotowska, autoflesz.com 

Dziś podsumowanie tej atrakcyjnej i znanej już poza granicami Polski imprezy. Nasza wizyta nie wypadła w pierwszą sobotę  i niedzielę festynu, mimo to dużym zaskoczeniem była frekwencja, szczególnie uczniów ze szkół podstawowych.

Wpadamy w trans historii
Już za pierwszą bramą wejściową wpadamy w trans historii.  Podążając wydeptanymi ścieżkami, spoglądając na powalone drzewa po ostatniej nawałnicy, poznajemy ukryty za dźwięczną zasłoną świat dawnych wierzeń, obrzędów i życia codziennego dawnych ludów.

Inscenizowanym bitwom, przedstawieniom teatralnym oraz pokazom towarzyszyły historyczne zarysy, a także mityczne opowieści ukazujące zwyczaje i obrzędy. W tajniki dawnego rzemiosła i przebieg codziennego życia wprowadzali nas liczni międzynarodowi odtwórcy, którzy reprezentowali m.in. dawne zawody, często nazywane dość archaicznie w obecnej rzeczywistości: złotnictwo, garncarstwo, tkactwo, skórnictwo, kowalstwo czy powroźnictwo.  Był nawet krzemieniarz, dziegciarz, grotnik, maziarz i tasznik. Dziś to zawody nieznane lub ginące jak kowal szewc czy bednarz.

Artyści na scenie, spragnieni wiedzy  na wykładzie
Artystyczne walory kultury irlandzkiej reprezentował zespół taneczny z Krakowa „Comhlan” (świetny i bardzo komunikatywny),  w świat średniowiecznych ballad i muzyki folkowej przeniósł publiczność białoruski zespół „Lity Taler”. Dla spragnionych wiedzy przygotowano wykłady, pokazy tematyczne i prezentacje, a dla dzieci liczne konkursy oraz warsztaty z rekonstrukcji naczyń i produkcji paciorków. My byliśmy na wykładzie  o broni, historii miecza i zdobywaniu zamków. Skądinąd wykład bardzo ciekawy i podbarwiony licznymi przykładami, ale słuchacze, przynajmniej  część z nich,  wolała  słuchać  o... zamkach, ale w luksusowych samochodach.

fot. Alicja Gotowska, autoflesz.com

Ludzkość pierwotni bogowie wojny
Ludzkość od samego początku swego istnienia chętnie sięgała po rozwiązania siłowe prowadzące do przemocy i zniewolenia. Towarzyszy ona ludzkości od niepamiętnych czasów, jednak trudno określić,  kiedy i dlaczego prehistoryczne społeczności zasmakowały w przemocy i wojnie. Abstrahując od wiodącego  wątku dopowiemy jednak, że przykłady zniewolenia a także bezsensownych wojen obserwujemy na naszych oczach. Telewizja zrobiła nawet z tej tragedii swoisty spektakl, jak choćby podczas wojny w Zatoce Perskiej czy ataku na Libię.

Dosłownie kilka dni temu król  Arabii Saudyjskiej Salman wydał dekret zezwalający kobietom na... kierowanie samochodem. Czy to niej jest przykład zniewolenia? Świat milczał. Kolejny przykład zniewolenia, wręcz  despotycznego utrzymania rodowych przywilejów obserwujemy w Korei Płn. I co, nic, mędrcy tego świata tylko wyrażają „wyrazy ubolewania”, a ostatnio „potępienia”. W starożytności nawet tego nie było, podobnie jak środków masowego przekazu.

fot. Alicja Gotowska, autoflesz.com

Wróćmy jednak na biskupińskie, wąskotorowe tory. Przyczyny (siły i zniewolenia) mogły mieć podłoże pierwotnego instynktu, walki o przetrwanie, chęć pozyskania dostępu do pożywienia lub wody (jak w filmach o Dzikim Zachodzie). Z czasem powody konfliktów zjednywały sobie nowe podłoża,  począwszy od dominacji poprzez żądzę panowania oraz pozyskania dóbr materialnych do starć na tle społecznym, ideologicznym czy wyznaniowym kończąc.
W epoce neolitu orężem w walce były dość prymitywne narzędzia jak maczugi, dzidy, kamienne topory i krzemienne siekiery. Następnie dążono do pozyskania surowców służących do produkcji bardziej śmiercionośnej broni, eksperymentowano z narzędziami (miecze) z dużą zawartością miedzi. W IV tysiącleciu p.n.e. do miedzi dodano cynę, tak powstał stop o znacznie większej wytrzymałości i plastyczności. Ale dopiero stal damasceńska zapoczątkowała czasy, w których sztuka wojenna stała się coraz bardziej niebezpieczna, a wspomniane wcześniej miecze były nie tylko twarde, ale także sprężyste (ścinały świecę z zapalonym knotem).

Wraz z rozwojem cywilizacji i coraz częstszych konfliktów ludzkość kroczyła ścieżką doskonalenia sztuki wojennej, powstawały rydwany bojowe, miecze sierpowe, broń drzewcowa, topory, łuki, sztylety, miecze (ze wspomnianej stali damasceńskiej), kusze a także hełmy i zbroje. Wraz z rozwojem oręża udoskonalano również taktyki bojowe, powstawały nowe formacje wojsk oraz broń oblężnicza. Odkąd narodziła się wiara w bogów,  równie ważnym i motywującym do walki orężem,  stała się w przychylność bóstw, które wspierając swoją mocą prowadziły do zwycięstwa w starciu z nieprzyjacielem. O względy bogów zabiegano na różne sposoby, poprzez używanie świętych symboli naznaczonych boską mocą oraz składanie darów i ofiar. Tyle jeśli chodzi o teorie, a jak to wyglądało w praktyce?

Wśród chat i na polu walki
Próby okiełznania przyrody za pomocą rytuałów, praktyki magiczne i świat,  gdzie bożki zamieszkiwały łąki, jeziora i lasy wydają się być częścią legend i mitów. Jednak od najdawniejszych wieków ludzie nie wiedząc, jak wytłumaczyć zjawiska występujące w ich otoczeniu wierzyli w istnienie najróżniejszych bóstw, które kształtowały ich życie i kulturę.  Starając się zyskać łaskę i przychylność bogów,  umieszczano ich symbole i wizerunki na przedmiotach codziennego użytku. Wykonywano amulety, które miały chronić przed złem,odmawiano modły i śpiewy, czy wreszcie składano ofiary.

fot. Alicja Gotowska, autoflesz.com

Na czas trwania festynu w zrekonstruowanych chatach pojawili się odtwórcy dawnego rzemiosła, wcielając się w rolę mieszkańców, ukazując jak przebiegało ich życie codzienne. Co ciekawe, nawet maluchy i bobasy ubrane w siermiężne szaty ganiały przed chatą dawnego rzemieślnika. Ich rodzice pokazywali jak dawniej pozyskiwano tkaniny (i sposób  ich barwienia), ubrania. Inni wykonywali przedmioty z drewna, gliny, rogu i kości. Objaśniali symbolikę kolorów i zdobień, która jest głęboko zakorzeniona w  ich strefie wierzeń, przesądów i zabobonów.

Wioska wczesnopiastowska tętniła dźwiękami pracy rzemieślników,  tu i ówdzie wesoło pokrzykujących dzieci oraz radosnym wyczekiwaniem na spałaszowanie podpłomyków. Nieopodal jednej z chat, na niewielkim ognisku spoczywał kociołek z którego unosiły się kłęby pary, w jego wnętrzu bulgocząca  ciemna woda i tańczące w jej toni zielone listki. Tym oto sposobem dawniej sporządzano wywary z  roślin  uzyskując naturalny barwnik do farbowania tkanin np. z korzenia farbownika lekarskiego pozyskiwano kolor purpurowy, a z jego kwiatów zielony.  A skoro już przy farbowniku lekarskim jesteśmy to pora zajrzeć pod dach średniowiecznej medycyny.

Cyrulik, balwierz czy lekarz?
Średniowieczna medycyna wspierała się na wszystkim co mogło przynieść jakieś efekty,  od modłów i  magiczne zaklęcia po zioła i ówczesnych cyrulików. Początkowa wiedza i pomoc lekarzy opierała się na wiedzy Hipokratesa oraz księgach i traktatach medycznych Galena. Jednak kiedy  zakazano nauczania tej dziedziny ludzie mogli polegać jedynie na wiedzy intuicyjnej cyrulików, zielarzy i znachorów.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Jak radzono sobie z ranami powstałymi na polu bitwy w dawnych czasach? Zanim przystąpiono do leczenia ranę oczyszczano wykorzystując larwy much (czasem chleb z... pajęczyną). Robaki wyjadały chorą tkankę pozostawiając tę zdrową. Następnie przykładano na te miejsca okłady ziołowe lub przemywano specjalistycznymi miksturami.  Wierzono też w to,  że rany szybciej się zagoją jeśli zaropieją. W tym celu używano specjalnych okładów zwanych kataplazmami, które powodowały gromadzenie się ropy w obszarze rany, w ten sposób powstawała naturalna bariera ochronna przed zarazkami (o których wiedziano bardzo mało). Jeśli rana nie była rozjątrzona szansa na wyleczenie jej w ten sposób była duża. Głębokie rany cięte leczono tylko w jeden sposób - poprzez amputację; kończynę ucinano powyżej miejsca zranienia. Najpierw nacinano skórę okrężnym ruchem, przecinano tkankę miękką, a następnie cięto kość. Miejsce amputacji zalewano gorąca oliwą,  wierząc że wypalona w ten sposób rana łatwiej się zagoi. Płytsze rany zszywano za pomocą lnianych lub jedwabnych nici.  Czasem używano katgutu tj. nici z jelit  kozich lub baranich a same nici - zarówno te które trzeba było usuwać jak i te które same się rozpuszczały - nie były sterylne, co niosło ryzyko zakażenia. Rany na jamie brzusznej, klatce piersiowej i głowie uważano za śmiertelne. Jednak starano się leczyć wszystko i mówić poszkodowanemu, że jeśli będzie się trzymał zaleceń, to wyzdrowieje (przypomnijcie sobie film pt. "Znachor” z genialną rolą Jerzego Bińczyckiego).

W osadzie mezolitycznej zamieszkało plemię myśliwych i zbieraczy a kobiety z plemienia prezentowały sposoby pozyskiwania ubrań. Głównym materiałem  z którego pozyskiwano odzież w środkowej epoce kamienia była skóra i futra zwierząt. Do wykonywania ubrań wykorzystywano narzędzia kościane tj. igły i szydła służące do przekłuwania i przeszywania skóry. Używano również narzędzi krzemiennych oraz ostrzy do dzielenia skóry. W tamtych czasach wykorzystywano również kości i zęby z których powstawały ozdoby tj. naszyjniki,  ale również narzędzia i broń. Tutaj również można było zobaczyć używany już w paleolicie miotacz oszczepów. Wykonany z kawałka drewna lub poroża z zagłębieniem w postaci haka na jednym z jego końców. Umieszczano w nim oszczepy,  by mogły osiągnąć wyznaczony cel,  były zakończone lotkami z piór. Cała konstrukcja w połączeniu z odpowiednią siłą wojownika pozwalała na bardziej efektywny rzut niż wyrzut z samej ręki.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

W osadzie neolitycznej zamieszkali rolnicy, podczas pokazów orki pradziejowej pokazywali jak wyglądała ich praca. Odwiedzający mieli okazję degustować dań według dawnej receptury pierwszych rolników oraz zaczerpnąć wiedzy o sposobach pozyskiwania tkanin,  w tym farbowania i szycia strojów. Można było zobaczyć narzędzia, które z czasem wykorzystywano jako broń, a przy okazji podglądać jak powstawały. Poprzez tarcie krzemienia o inny krzemień lub piaskowiec powstawało ostrze. Kamienne ostrze było przytwierdzane do drzewca za pomocą skórzanych rzemieni i w ten sposób nadawano kształt np. włóczni przydatnej podczas polowania.

Kolejnym narzędziem wykorzystywanym początkowo do polowań był łuk, który wykonywano z drewna cisowego natomiast promienie strzał - zakończone z jednej strony lotkami a z drugiej krzemiennym grotem - robione były z wierzby. Do polowania używano szerokie groty, natomiast podczas bitwy używano wąskich grotów, które pewnie przebijały grubą skórę wojownika. Tu podpowiemy, bo wiemy to z wykładu, strzała z luku typu angielskiego miała zasięg nawet 200-300 m, zaś celność zależała od wyszkolenia łucznika, zwykle śmiertelnie trafiała z odległości 80 m. Jednak nie miało to dużego znaczenia na polu walki, gdzie cel nie był pojedynczy a i celujących była cała gromada. Bełty stosowane w kuszy raziły celnie, nawet śmiertelnie na odległość 100-150 m!

Na biskupińskim cyplu  stacjonowały liczne oddziały wojów
W obozowiskach zaś można było zapoznać się bliżej z orężem wojownika, strojami i taktyką bojową.  O dziejach historii wojny w neolicie  można się było dowiedzie odwiedzając osadę neolityczną. Tu odbyła się prezentacja broni i opowieść o neolitycznej sztuce wojennej.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / Szczerbiec wykuto najprawdopodobniej w XII lub XIII wieku, najprawdopodobniej w Niemczech, choć hipotezy sięgają nawet  templariuszy i  Żydów. Ci ostatni mieli podarować miecz Bolesławowi Pobożnemu za tzw. Przywilej Kaliski w 1264 r. 

Na temat taktyk wojennych, uzbrojenia oraz o rytuałach wojennych - w bardzo przystępny i ciekawy sposób opowiadano podczas rekonstrukcji walk prowadzonych w osadzie łużyckiej.

Nim na polu bitwy rozbrzmiał chrzęst zbroi i szczęk mieczów inscenizacje były poprzedzone rysem historycznym, prezentacją wojowników i zwyczajami wojennymi (dobrze działające nagłośnienie). Same bitwy choć odzwierciedlały historyczne starcia i ukazywały metody władania orężem odbywały się w asyście wzajemnego szacunku i dobrego humoru między wrogimi stronami.   Z dużą dozą wiarygodności pokazano  walki rzymskich legionistów i gladiatorów, najprawdopodobniej wzorowano się na świetnie wyreżyserowanym przez Ridleya Scoota filmie „Gladiator”. Co ciekawe nie było rannych, na których czekały karetki pogotowia. Co najwyżej padający ze zmęczenia wojownicy dostawali w nagrodę od swojej oblubienicy garnuszek z zimna wodą.

Bitwa Słowian
Na pierwszy ogień wojennych potyczek wyruszyły zastępy wojsk Chrobrego, które zwarły się w bitwie z wojskami cesarza niemieckiego wspieranymi przez Wieletów. Inscenizacje zawsze przyciągają widzów, dziennikarzy, a nawet filmowców. Niemal zawsze fotka dnia znajdzie się na pierwszej stronie regionalnego wydania.

Podstawą wiary Słowian była harmonia z naturą i życie zgodne z jej rytmem, to ona była dla nich mądrością i magią w której skrywała się boskość. Boskość  towarzyszyła im  w życiu codziennym, a o jej szczególne względy zabiegano podczas wypraw wojennych. Każda wyprawa była poprzedzana rytuałem wojennym z wykorzystaniem świętych symboli, które miały  zesłać na wojowników przychylność bóstwa. Motywowane w ten sposób oddziały wierzyły, że na wojnę prowadzi ich sam bóg. Jednym z rytuałów,  znanym z historycznych opisów Szczecina, Radogoszczy czy Arkony  była wróżba... z konia. Czarny koń jako święty symbol Trygława (boga Słowian zwanego też Trzygłów),  do pokonania miał drogę na której układano włócznie w różnych konstelacjach trzy, sześć lub dziewięć. Prowadzony przez kapłana koń nie mógł potrącić kopytem żadnej z nich, ani przejść nad nimi lewą nogą, co oznaczałoby brak przychylności boga zwiastując klęskę w walce czynność tę musiał powtórzyć trzykrotnie.  Po stronie Wieletów symbolem motywującym do walki dzierżonym przez pierwszego włócznika Wieletów zwanego Primapilariusem była stanica, czyli chorągiew z wizerunkiem bóstwa, która była jednocześnie jego domem. W rekonstrukcji bitwy Słowian udział brały Drużyny Wojów Piastowskich, Grodu Trzygłowa i Chmurnicy, a wynik bitwy jak na historyczny wzorzec przystało rozstrzygnięty został na korzyść Wieletów.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Zderzenie odmiennych światów
Rzymski legion Legio XXI Rapax w swoim obozowisku  pod czujnym okiem kadry oficerskiej (centurio, optio, cornicern, signifer), demonstrował zwiedzającym codzienne zmagania legionistów poprzez prezentację musztry, prac obozowych i treningu wojskowego. Na polu bitwy stanął naprzeciw plemionom Daków, po obu stronach walczyli przedstawiciele przeróżnych krain i ludów. Dakowie byli konfederacją różnych plemion z terenów lewobrzeżnego Dunaju, szkoleni na okoliczność tzw. zadań specjalnych (jak dziś słynny "Grom" czy "Navy Seal").  W porównaniu z wyposażeniem pierwszej zawodowej armii,  jaką stanowiły rzymskie legiony, lekkozbrojny oddział Daków był słabo wyposażony pod względem ochrony przed bronią nieprzyjaciela. Ich główną zaporę stanowiły hełmy i tarcze, a bardziej zamożni, co stanowiło niewielki procent w ich szeregach,   uposażeni byli w pancerz kolczy. Jednak Dakowie wyróżniali się spośród innych plemion barbarzyńskich faktem, że posiadali duże zapasy rudy żelaza i miedzi oraz byli dobrymi rzemieślnikami, jako wojownicy byli biegli w sztuce wojennej -  w tym przy  zakładaniu pułapek -  a także obdarzeni mirem -  nieustraszeni w boju.

Falx był srogą bronią w rękach  wojowniczych barbarzyńców, zdolną  przeciąć hełm i  tarczę legionisty, a cios który zatrzymał się na obrzeżu tarczy mógł dosięgnąć głowy za sprawą hakowatego ostrza,  którym zakończony jest falx. Swoją postawą i wizerunkiem wyrażali dzikość,  a wyposażeni w  tego typu broń uwydatniali swoją waleczną naturę.
 Niewiele wiadomo o obrzędach wojennych Daków wiedza na temat ich wiary opiera się na wnioskach wyciąganych na podstawie badan historycznych i odkryć archeologicznych m.in. odkrycie ruin fortec Dackich położonych w Rumunii oraz  Kolumna Trajana przedstawiająca sceny walk rzymskich oddziałów z barbarzyńskimi tj. Dakami. Jak większość ludów w tamtych czasach,  dackie plemiona - prawdopodobnie - kultywowały kilku bogów, którym zawierzali swoje życie. Główny kult skierowany był w stronę boga wojny Marsa (Aresa), boginię ogniska domowego i ognia oraz boga słońca. Podobno, Daccy wojownicy przed wyprawą na wojnę mieli zwyczaj pić wodę z Dunaju - niczym święcone wino - składając przy tym przysięgę, iż nie powrócą dopóki nie zgładzą nieprzyjaciela. Po wygranej bitwie składali krwawą ofiarę z jeńców na rytualnych kamieniach pełniących funkcję ołtarza przy świątyniach. Ile w tym prawdy, zapewne tylko święta ziemia wie, jednak skrywa tą tajemnicę przed światem w swym podziemnym królestwie. 

fot. Krzysztof Golec/ Alicja Gotowska, autoflesz.com / Kolejka wąskotorowa Żnin- Biskupin - Rogowo - Gąsawa  -Żnin  oficjalnie została uruchomiona w 1894 r. Początkowo służyła do przewozów płodów rolnych, ale atrakcyjność kolejki i przepiękne widoki Pałuk zmusiły kolejarzy do inwestowania w kierunku przewozów osobowych.  Już w 1911 r. kolejka przewiozła łącznie ok. 80 tys. pasażerów.  W 1949 r. kolejka wąskotorowa  przeszła na własność PKP, ale od tego też czasu rozpoczął się powolny jej upadek, ostatecznie kolejkę zamknięto w 1962 r. Drugie życie dał nowy właściciel Żnińska  Kolej Powiatowa, od 1972 r. w pobliskiej  Wenecji otworzono Muzeum Kolei Wąskotorowej, co zadecydowało o reaktywacji tego transportu. Po raz kolejny kolejka  jako atrakcja turystyczna była strzałem w przysłowiową „10”. Od  2002 r. kolejka jest własnością miejscowego samorządu, rocznie przewozi ok.100 tys. pasażerów, głównie dzieci.


Zamiast podsumowania
Festiwal Archeologiczny w Biskupinie co roku  obfituje w fascynujące przeżycia. Przybliżając dawne dzieje ukazuje tajemniczy świat historii  i archeologii. Uczy jak wielką wartość ma pamięć i tradycja zaklęta w duchu epok i piaskach czasu. W młodszym pokoleniu rozbudza ciekawość i rozsiewa pierwiastki nauki,  które być może w niedalekiej przyszłości skierują ich na tory samodzielnego  odtwarzania społeczno-kulturowej przeszłości człowieka na podstawie materialnych pozostałości działań ludzi. Dla dorosłych stanowi niezwykle przyjemną powtórkę z lekcji historii, uzupełnienie wiedzy za sprawą ciągłych badań i odkryć które wnoszą nowe światło na niektóre fakty i mity, ale przede wszystkim jest doskonałą okazją na oderwanie się od spraw codziennych i miłe spędzenie czasu w towarzystwie niezwykłych ludzi będących gospodarzami,  aktorami  tego wydarzenia. Jak sami przyznają, dla nich to również miła okazja przeżycia  historii na własnej skórze i doskonała odskocznia od życia codziennego, ale przede wszystkim możliwość dzielenia się swoją pasją z innymi.

Dla historyków oręża polskiego to także doskonała baza do badań, zwłaszcza w obliczu wystawy pokazującej ewolucję miecza i rycerskiego oręża. Tu można było obejrzeć słynny "Szczerbiec", a dokładniej replikę miecza koronacyjnego królów polskich. Po raz pierwszy użył go do koronacji Władysław Łokietek w 1320 r. Oryginał jest przechowywany na Wawelu, nie można go fotografować, ani filmować.

fot. Krzysztof Golec/ Alicja Gotowska, autoflesz.com

Organizacyjnie i marketingowo sukces podwójny, do tego przepiękne okolice Pałuk. To także jedyny w swoim rodzaju skansen, gdzie kolej wąskotorowa ma się dobrze i stanowi olbrzymią atrakcję dla najmłodszych poszukiwaczy przygód. Uzupełnieniem jest baza noclegowa na prywatnych kwaterach, dobrze rozwinięta baza gastronomiczna, a na zmotoryzowanych czekają liczne prywatne parkingi (niestety, dość drogie).

 

Alicja Gotowska, Krzysztof Golec, autoflesz.com
obsługa własna

 

 

 

 

 

 

 

 

Publish modules to the "offcanvas" position.