Tajemnice zakładów Mölke w Ludwikowicach Kłodzkich - czy była tam megatajna broń Adolfa Hitlera?

Jowialny, w sile wieku pan, przywitał nas i spytał co chcemy zwiedzać. Gości tu o tej porze roku nie ma wielu.  - Przyjeżdżają, zrobią zdjęcia i odjeżdżają – powiedział; jak się później okazało przewodnik, kasjer i stróż. My nie odjechaliśmy, bo temat tajemnic zakładów Mölke w Ludwikowicach Kłodzkich  wciągał nas od kilku lat. Wreszcie tu dodarliśmy, ale najpierw spenetrowaliśmy kompleks „Rzeczka” z miejscowym  przewodnikiem. Niestety,  pogoda nie była Bogiem, a zdjęcia w podziemiach robiliśmy w zupełnej ciemności...

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Trafić tu nie jest trudno, jeśli mamy nawigację GPS (droga 381). Rozwidlające się drogi trzeciej, a nawet czwartej kolejności odśnieżania – gminy Nowa Ruda – dodają tylko uroku Górom Sowim, licznym serpentynom i charakterystycznym chatom, jak z oferty biura nieruchomości w Jeleniej Górze. Teren niemal niezaludniony,  z licznymi lasami mieszanymi i pradolinami. Kiedyś należał do Czech, a Niemcy zaplanowali tu produkcję supertajnej broni.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Muzeum Mölke – Ludwigsdorf Riese
Najpierw podjechaliśmy pod ogrodzony teren i bramę z napisem Muzeum Mölke – Ludwigsdorf Riese przy ul. Fabrycznej. Od razu rzuca się w oczy słynna „Muchałapka”, wydaje się  być większa niż na wcześniejszych zdjęciach oglądanych w internecie (zwłaszcza latem). Koniecznie chcieliśmy wejść na teren muzeum, ale tylko pies wartowniczy dał znać, że czuwa wraz ze wspomnianym na początku panem. Nie przedstawił się, ale służbowy „anzug”  z napisem „Riese” przekonał nas, że dobrze trafiliśmy. Cena biletu nie odstrasza (10 zł ulgowy, 12 zł normalny), tylko co tu zwiedzać samemu, jak wszystko jest dotknięte syndromem historii i praktycznie opisane – czytaj: przepisane. Ale przewodnik od razu zaskoczył, że nie jest to grupa, która chce tylko zrobić zdjęcia i – bez urazy - wysiusiać się do nieczynnej toalety.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Podczas, gdy panie wolały poszukać coś mniej zawiłego i ogólnodostępnego w samej wsi, my poddaliśmy się rozkazom przewodnika. Od razu nas uprzedził, że nie ma prądu, więc zwiedzanie podziemi będzie możliwe tylko z latarkami. Przyznajcie, dość osobliwa informacja na samym początku, gdyż  tuż za plecami stoi rozszabrowana i nieczynna elektrownia. Ale nie poddajemy się i słuchamy początku opowieści. Problem jest tylko jeden, czy nasz nowy Nikon D850 poradzi sobie w takich spartańskich (nieoświetlonych) warunkach. Jednak to Nikon, zobaczycie, co potrafi – resztę oceńcie sami. Aby wykorzystać kolejne kadry obiektów rozszabrowanych (bez okien, drzwi, kabli i wszelakiego żelastwa) wydobyliśmy z samochodu na parkingu kolejnego Nikona D7100 (z lampą i zoomem 18-200). No to do pracy...

Kiedyś tętniło tu życie
Dziś mieszkańcy odcinają kupony od dni sławy, tajemnic zakładów Mölke, tego co było tu przed wiekami. Przewodnik stara się opowiadać o czasach, gdy na tym terenie  należącym kiedyś do Czech odkryto węgiel kamienny. Było to znacznie wcześniej niż szyby kopalniane w pobliskim Wałbrzychu, wcześniej niż zbudowano zamek Książ.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

- Dziś to miejsce pełne tajemnic,  teorii spiskowych i opowieści o „cudownej broni” Hitlera. Ci co tu przyjeżdżają nakręcają się, jak luksusowe szwajcarskie zegarki – mówi przewodnik

Rzeczywiście, pozostali tylko ci, co nie mają ochoty pracować w Czechach w fabryce Skody lub ci, co wolą za kilka złotych wyszarpanych od turystów,  kupić w pobliskim sklepie dwa najtańsze piwa. Jednym słowem miasteczko wymiera, jak odcięte od wody potężne platany klonolistne, które widzieliśmy w kompleksie pałacowo-parkowym w Nieborowie.

Ludwikowice Kłodzkie zaliczane są do  kompleksu Riese
Nie będziemy handlować historią, jak powiedział po nieprawdziwych słowach prezydenta Putina b. ambasador Izraela w Polsce prof. Szewach Weiss. Jak już wcześniej powiedzieliśmy kompleks "Riese" był największym projektem górniczo-budowlanym nazistowskich Niemiec, tuż po gigancie Mittelblau-Dora.*

*/ podziemny kompleks zbrojeniowy Mittelbau-Dora nieopodal  Nordhausen w Niemczech to dopiero „olbrzym” - ulokowany został w Górach Harzu. W jego podziemiach produkowano (składano) tzw. broń odwetową. rakiety V2 i latające bomby V1...

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / jeden z kanałów podziemnej fabryki...

Czy zatem słusznie zalicza się zakłady Mölke do kompleksu "Riese"? Cóż pozostawmy to badaczom i odkrywcom.

Do samego końca pracowali tu robotnicy
Kiedy Armia Czerwona wkraczała do Ludwikowic, naziści w pośpiechu  zacierali wszelkich śladów po działalności fabryki Dynamit Nobel AG Mölke i nawet dzisiaj nie udało się odnaleźć wielu zasypanych przez nich tuneli i sztolni, które być może były ze sobą połączone. Specjalne niemieckie komanda w ostatniej chwili wysadziły najbardziej strzeżone profile fabryki. Oficjalnie produkowano tu materiały wybuchowe, wszelkiego rodzaju pociski (niektóre widać na zdjęciach) i... no właśnie dojdziemy do tego za chwilę.

W opuszczonych i zdewastowanych halach, gdzie elaborowano trotyl, nitrophenol czy heksogen dziś tylko wieje halny, ale w 1940 roku pracowali tu robotnicy różnych narodowości, w tym ponad 600 Żydówek sprowadzonych z Wrocławia i Górnego Śląska. Pozostali robotnicy to Czesi, Polacy a nawet Francuzi. Esesmani nie zezwalali na widzenia z Żydówkami, które pracowały przy elaboracji materiałów wybuchowych (w tym pociski artyleryjskie mniejszego kalibru, pociski do wyrzutni „Panzershrek”, naboje do broni maszynowej czy kostki saperskie zwane „mydełkami”).

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com

Jak zeznawał Jan Latański, jedyny żyjący robotnik fabryki Mölke, praca była bardzo ciężka i szkodliwa dla zdrowia (kolorowe odczynniki powodowały charakterystyczny żółty kolor skóry twarzy, paznokci i rąk). Jeśli esesman stwierdził, że wiezień nie wykonuje zadanej pracy był odsyłany do obozu Gross-Rosen. Tu nie rozstrzeliwano robotników, ale pod żadnym pozorem nie zawalano na wejście w teren najmocniej strzeżony.  Jeśli ktoś tam wszedł, to wyjść mógł tylko przez komin obozu Gross-Rosen.

Tajemnice zakładów Mölke
Teren zakładów Mölke, choć oficjalnie służył produkcji amunicji miał swoje megatajemnice, które ciągle nakręcają eksploratorów, a także samych przewodników. Oficjalnie nikt  z nich nie powie, co produkowano lub nad czym pracowano w podziemnych laboratoriach wielkości boiska piłkarskiego. Dziś są zasypane po akcji niemieckich saperów na chwilę przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Dotąd nikomu nie udało się wejść, ani eksplorować tych laboratoriów, gdyż są najprawdopodobniej schowane na głębokości 43 m (a nawet jeszcze głębiej). Owszem były robione odwierty, ale nie udało się przewiercić do zawalonego obiektu i kamery (oficjalnie) nic nie wykazały.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / pancerne drzwi do podziemnych korytarzy, tego Armia Czerwona nie zdołała wywieźć

Do zakładów dojeżdżało kolejka wąskotorowa, a istniejąca nadal stacja kolejowa wygląda jak z filmów o Dzikim Zachodzie. Świadkowie, w tym pan Latański mówią o samochodach Opel i kolejce wąskotorowej, która wjechała... w górę, ale już nie wyjechała.  Cóż, słyszeliśmy to już podczas poszukiwań słynnego „Złotego pociągu” w Piechowicach (słynna góra Sobiesz). I co z tego wynika? Na tę chwilę NIC...

Ale, zalana kopalnia "Wacław", która nadal nie daje się pokonać eksploratorom i firmom specjalistycznym może skrywać sensacyjne tajemnice. Czy może być tu ukryte np. "Złoto Wrocławia"? To śmiała teoria, nasza teoria, ale nadal niezweryfikowana...

Słynna „Muchołapka”
To najbardziej tajemniczy obiekt Muzeum Mölke, który nakręca badaczy, jak wybory prezydenckie w Polsce. Od razu powiedzmy, że opinie i hipotezy owych badaczy, eksploratorów, naukowców są podzielone na dwa przeciwstawne obozy. To mniej więcej tak, jak słynne teorie b. min. Macierewicza o wybuchu na prezydenckim tupolewie podczas podchodzenia do lądowania (na zamkniętym)  lotnisku „Siewiernyj”.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / tak dziś wygląda elektrownia

A cała sprawa przeznaczenia „Muchołapki” rozpoczęła się od teorii Ignacego Witkowskiego, badacza,  pisarza, ufologa specjalizującego się  Górach Sowich. Później przekazywano ją jak mantrę. On nie wyklucza, że zastosowanie tej betonowej konstrukcji mogła służyć innym celom, aczkolwiek jego przeciwnicy z portalu „Odkrywca” (8/235 z sierpnia 2018 r.) wyśmiewają jego teorie. Według nich to typowa podstawa chłodni kominowej, a podobna konstrukcja tego typu znajduje się  w Siechicach k. Wrocławia, Czechowicach- Dziedzicach (rafineria) czy w kopalni „Wieczorek” (dawniej niem. Giesche). /źródło: dolnoslaskipodroznik.pl/.

Spójrzmy na opinię badaczy z portalu „Odkrywca”. Otóż prawdą jest, iż elektrownia stojąca tuż za obecnym Muzeum Mölke była kilkakrotnie modernizowana, głównie pod kątem mocy agregatów. Ostatnia jej modernizacja generowała – mówiąc kolokwialnie - 9,6 MW, były kolejne plany  zwiększenia jej mocy,  ale Niemcy nie zdążyli już wprowadzić w życie tych modernizacji.  Dziś to ruina grożąca zawaleniem, ale nie odstrasza to eksploratorów.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / ruina elektrowni od strony fabryki

Skoro elektrownia pracowała na wysokich obrotach, to musiała „coś” zasilać. Z pewnością wieś i jej zabudowania, jak również pobliskie kopalnie („Wacław” niem. Wencleclaus) nie potrzebowały takiej energii do zasilania urządzeń i sztolni (dla porównania elektrownia Myczkowice w Zwierzyniu k. Soliny ma raptem 8,3 MW). Skąd o tym wiemy, choćby z planów rozbudowy elektrowni, która jeszcze w 1943 roku dostarczała napięcie min.  6 kV (6 tys. woltów) i prądu min. 1,6 kA (1600 amperów). To pierwsza zagadka, niestety nadal niewyjaśniona przez odkrywców. Wymieniona tu kopalnia "Wacław", być może potrzebowała tak dużej mocy z kilku powodów:  maszynownia wyciągowa, wyrzuty węgla i gazu, filtrowentylacja).
Wspomniany przez nas przewodnik, rozmowny i kompetentny pan, nie wychyla się ze swoimi teoriami, jednak potwierdził przytoczone przez nas obliczenia. Co więcej, tuż po wojnie "Muchołapka" miała na szczycie siatkę Faradaya i wojskowy kamuflaż. Po co?
Bardzo duże napięcie, jak również bardzo duży prąd musiał być wykorzystywany do celów innych niż tylko chłodzenie wspominanej chłodni kominowej. Ponadto potwierdził, iż próby z tak dużą mocą – nie wiemy czego – powodowały chwilowe przeciążenia nie tylko na terenie zakładów Mölke, ale także w domach mieszkańców Ludwikowic (także Niemców, którzy pozostali tu po zakończeniu wojny).

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ zakłady Molke, fot. 4 wartownia (niestety brak światła w podziemiach i na wartowni)

Wróćmy teraz do teorii Ignacego Witkowskiego, który nadal twierdzi, że to mogły być urządzenia do prób z pojazdami antygrawitacyjnymi, w tym słynny „dzwon”, a także inne obiekty pionowego startu i lądowania. Cóż, każdy upiera się przy swojej teorii, jak badacze podkomisji b. min. Macierewicza (z tytułami doktorów i profesorów) TU-154M symulujący wybuch na pokładzie  tupolewa za pomocą... parówki (!).
Wgłębiając się jednak w tematy antygrawitacji i silnika kwantowego, zresztą skonstruowanego przez Leonida Leonowa (teoria superunifikacji), trzeba powiedzieć z dużą dozą pewności, iż takie obiekty latające Niemcy testowali na terenie Dolnego Śląska.* Nie wyklucza się zatem hipotezy, że do tego celu miały służyć też tajne laboratoria „Riese”, w tym Ludwikowice Śląskie (zalane i zawalone sztolnie). Przy okazji narzuca się kolejne pytanie, czy wymienione sztolnie kopalni "Wacław" nie mogły posłużyć nazistom do ukrycia zrabowanego "Złota Wrocławia" - tuż przed wkroczeniem tu "trofiejnych" batalionów Armii Czerwonej. Czy miejscowe kopalnie węglą "Wacław" i "Nowa Ruda" były tak atrakcyjne dla Armii Czerwonej tylko z powodu kopalnianej infrastruktury? Każdy kto przeczyta te słowa z pewnością zastanowi się i sam znajdzie odpowiedź...
   
*/ Leonow mówi otwartym tekstem, iż taki silnik skonstruował już w 2009 roku. W czerwcu 2014 odbyły się pomyślnie testy wydajności. Przy masie aparatu 54 kg na impuls pionowy ciąg wyniósł 500-700 kG (kg siła) przy zużycia energii elektrycznej 1 kW. Urządzenie to startuje pionowo z przyśpieszeniem 10-12G. Badania te jednoznacznie udowodniły, że poprzez eksperymenty została ujarzmiona grawitacja, potwierdzając teorię superunifikacji. Co  to oznacza... dotarcie na Marsa w kilkanaście  godzin zamiast 2-3 miesięcy przy wykorzystaniu obecnych zdobyczy nauki.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / słynna "Muchołapka" - jedni twierdzą, że to podstawa chłodni kominowej, drudzy utrzymują iż to reaktor do prób z pojazdami  o napędzie antygrawitacyjnym. Niestety nie ma już przewodów wysokoprądowych, kamuflażu, niecki na zimną wodę  czy siatki Faradaya. I kto ma rację?

Witkowski twierdzi też, że naukowcy pracujący dla Hitlera już wcześniej mieli takie obiekty przypominające dzisiejsze UFO, powołuje się przy tym na dokumenty Departamentu Stanu USA  i badania inż. Andrzeja Kraśnickiego. Według tego ostatniego badacza Niemcy bawili się takimi tajnymi projektami już długo wcześniej niż przed rozpoczęciem II wojny światowej. Zatem dlaczego nie wykorzystali tych supertajnych obiektów do odwrócenia losów przegranej wojny? 

Wróćmy jednak na chwilę do tych projektów, ponoć prawdziwych, choć dziś wiemy o zdjęciach,  które były retuszowane w dostępnych wtedy programach graficznych. Chodzi tu o takie obiekty jak: Haunebu 2 (ponoć latał z prędkością 6 0000 km/h czy Haunebu 9.

fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / tajna broń Hitlera - tu choć na fotografiach, jednak z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć iż istniała...

Z zacięciem b. min. Macierewicza - teorii i chłodni kominowej broni też Marcin.M. Drews, który na portalu antyweb.pl napisał: „Temat oklepany jak mało który, jednak postanowiliśmy wybrać się w poszukiwaniu słynnej „muchołapki”. Podobno była to wyrzutnia rakiet, lądowisko UFO, współczesna wersja Stonehenge… (od redakcji: kamienne kręgi) Z wykształcenia jestem chemikiem i patrząc okiem chemika widzę zwykłą podstawę chłodni kominowej”.
I niech tak zastanie, bo wielu też twierdziło, że z pojemności 1,6- litra (w samochodowym silniku rzecz jasna) nie da się wycisnąć ponad  300 KM! Tymczasem takie silniki są, ba nawet były produkowane, aczkolwiek nie mówimy tu nic o ich awaryjności i doładowaniu.

No tak powiedzą niektórzy, teorie ścierające się, jak znane dwie komisji dra Laska i podkomisja Macierewicza (bez urazu - specjalisty od wypadków samochodowych i... skoków do wody). Ludzie już mają dość trotylu, ściętej brzozy i teorii spiskowych. Każdy może według dostępnych wyników badań i pracy komisji (ta Macierewicza nadal pracuje i pobiera horrendalne wynagrodzenia) wyciągnąć wnioski. Jedno jest pewne, dopóki wrak tupolewa nie zostanie zwrócony Polsce i zbadany najnowocześniejszymi metodami, nie ma szans na ostateczne, twarde wyniki przyczyn katastrofy.
To samo dotyczy Ludwikowic Kłodzkich, zawały w podziemiach na dużej głębokości i celowe podtopienia  są nadal przeszkodą na ostateczna odpowiedź, weryfikująca krążące w internecie hipotezy. Czy w tę niszę można wciągnąć "Złoto Wrocławia"? Naszym zdaniem - TAK.

Świadkowie mówią, ale ich pamięć jest ulotna
Na  chwilę wróćmy jeszcze  do zeznań świadków,  w tym wspominanego pana Latańskiego, który rzekomo widział grube kable miedziane, izolatory o wielkości rosłego człowieka (jak "Dominator" Pudzian Pudzianowski) i zbiornik wodny pod słynną „Muchołapką”. Według przeciwników teorii Witkowskiego, to bujna wyobraźnie, ale potwierdzają to także inni żyjący wtedy świadkowie. Trudna nam zweryfikować te zeznania, bo ludzie po ponad 74. latach od zakończenia wojny – zwyczajnie – nie pamiętają, gubią się w zeznaniach, a nawet przekręcają fakty.

Pewne jest natomiast, iż jaszcze w latach 70. ubiegłego stulecia pod żelbetową konstrukcja był zbiornik wodny, który został doraźnie wykorzystywano jako... basen. Po tragicznym utonięciu dziecka, władze zamknęły ten zbiornik, a stosowny zakaz wysmarowano na betonowych podporach (dziś nie ma śladu po tych napisach). Zakaz zignorowano i spółka, która chciała przywrócić do stanu używalności elektrownię zasypała ten zbiornik. Dziś jest tylko trawa, odpadający tynk i odstające (zardzewiałe) pręty zbrojeniowe.

Wróćmy jednak do wspomnianych kabli o dużym przekroju. Jeśli faktycznie były, a  potwierdza to także nasz przewodnik i dodatkowo zarządca tego terenu pan Krzysztof Szpakowski,  to musiały „coś” zasilać. Z pewnością nie lampy sodowe podświetlające „Muchołapkę”.
Czy to mógł być reaktor, słynny dzwon „die Glocke”? Cóż, wróżenie z fusów nie jest naszą specjalnością, ale wspominany wielokrotnie dzwon – z dostępnych źródeł - posiadał dwa przeciwstawne dyski wirujące w przeciwnych kierunkach, a przed każdą próbą jego uruchomienia dokładnie sprawdzano tajemniczą substancję o kryptonimie IRR XERUM 525 - mogła to być np. rtęć.
Bardziej zaawansowaną konstrukcję miała tajemnicza broń serii V7 np. Vrill czy kolejne udoskonalenia latających spodków Haunebu 7 a nawet Haunebu 9. Jednak do zasilania generatorów (główny i rozruchowy) potrzebny był duży prąd i napięcie, a do chłodzenia wirnika mogła służyć... woda. Niestety, to nadal nie tłumaczy zasadności sensacyjnego wywodu dotyczącego „Muchołapki”, ale może wnieść nieco inne spojrzenie na ścieranie się przytoczonych teorii Igora Witkowskiego i jego oponentów.
Ponadto nasz przewodnik, już na koniec ciekawej dyskusji, powiedział, że takie kable o dużym przekroju były jednak podłączone do - tej niby - chłodni kominowej!

W świetle przytoczonych hipotez i ścierającej się polemiki interlokutorów należy powiedzieć, że takie pojazdy przypominające UFO widziało wielu świadków, co więcej,  opisano to w poważnych naukowych periodykach. /apokalipcy.cba.pl/  

20 lat dla Alberta Speera
Dlaczego zatem Amerykanie nie wyrządzili szkody jednemu z najbardziej zaawansowanych „opiekunów” w obiektów „Riese”? Albert Speer był bardzo sprytny, udało mu się zabezpieczyć serce wspomnianego „dzwonu” tuż przed wkroczeniem Sowietów. Otóż zabezpieczył wszelka dokumentację i „serce” na poligonie Ohrdruf, dzięki czemu dostał amerykański parasol ochronny, aczkolwiek  zniszczony później przez Sowietów (20 lat więzienia w procesie norymberskim).

Zamiast podsumowania
W świetle ostatnich badań wychudzą na światło dzienne ukrywane tajemnice, jak np. podobny do Riese kompleks po stronie czeskiej w m. Rychnov czy wspomniane już pojazdy o napędzie grawitacyjnym mogące pokonać odległość dzieląca Ziemię od Marsza w 2-3 miesiące (!). Jakkolwiek by o tym nie myśleć i wierzyć w teorię Einsteina, to w 1870 roku mało znany angielski geniusz William Kingdon Clifford opublikował teorię prezentującą zależność między materią, przestrzenią i grawitacją. I to 45 lat wcześniej od Alberta Einsteina. Niestety, nie miał tak bujnej historii podbojów miłosnych i potyczek z własną żoną Milevą Marić. Dlatego nie dziwmy się, że teoria grawitacji i silników antygrawitacyjnych była już znana niemieckim naukowcom – na lata świetlne wcześniej niż sądzono. Nie inaczej było w przypadku kolejnego geniusza Rudolfa Diesla, ale to już temat na inna okazję.

Z ostatniej chwili: Brytyjczycy udostępnią publicznie, po raz pierwszy w historii, własne dokumenty dotyczące UFO. Departament Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii prowadził obserwacje UFO od lat 50. XX w. do 2009 r. Wszystkie dokumenty dotyczące zjawisk nadprzyrodzonych były dotychczas wysyłane do archiwów ale ustawa o wolności informacji, którą wprowadzono w zeszłym roku, pozwala na wgląd do tych dokumentów. Pokazane zostaną latające spodki czy tzw. świetliste kule  "Foo Fighters".

Przy okazji antygrawitacji i słynnej "Muchołapki" tematem pobocznym pozostaje wspomniane "Złoto Wrocławia" (czy wielokrotnie  przywoływany "Złoty pociąg"). Ono istnieje, a odkrywcy otoczyli się zmową milczenia. Skoro nie odkryto tych  - umówmy się - skarbów w obiektach "Riese",  w tym pobliskiej "Rzeczki", to naturalnym śladem pozostają zatopione  sztolnie kopalni "Wacław". Być może żyją jeszcze świadkowie, pracownicy kopalni (ich synowie, córki). Czekamy na listy do redakcji!

redakcja autoflesz.com

 

 

 

Publish modules to the "offcanvas" position.