Obiecaliśmy wrócić do tematu Drogi Sudeckiej, drogi wybudowanej przez więźniów rożnych narodowości, tuż pod koniec II wojny światowej. Część poświęconą martyrologii więźniów z pobliskiego obozu, głodzonych i wykorzystywanych do katorżniczej pracy, już naświetliliśmy podczas wcześniejszych wypadów do Przesieki i Borowic k. Karpacza. Dziś historia tajemniczego grobu braci Szymańskich w trudno dostępnym lesie, nieopodal szlaku rowerowego ER2, po lewej stronie DS, w kierunku Przesieki i Schroniska Odrodzenie.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / grób braci Szymańskich i kompanów tragicznej ucieczki z 26 listopada 1946r. Dziś trudno dociec, czy to dokładnie to miejsce, pomiędzy brzozami w kształcie symbolu "V", ale nadal elektryzuje historyków, badaczy i dziennikarzy. My tylko przypomnieliśmy tę historię, która przez wiele lat leżała w pamięci najstarszych mieszkańców Borowic, Przesieki i rodowitych jeleniogórzan. Byliśmy w każdym z tych miejsc, choć na przestrzeni 2-3 lat, a historia ta wciągnęła nas, jak charakterystyczne wiatry Kotliny Jeleniogórskiej i historia Wyższej Szkoły Wojsk Radiotechnicznych - dumy WOPK i Sił Zbrojnych RP...
Zanim powiemy jak tam trafić, chcielibyśmy nieco więcej opowiedzieć o tym katastroficznym locie, locie do lepszego świata - niż ten - zastany tuż po II wojnie światowej. Choć Polska odzyskała niepodległość, przeszła gehennę wojny, traumę po nazistowskich obozach koncentracyjnych, to jeszcze kilka lat po II wojnie światowej nie była samodzielna. Inni powiedzą... aż do 1989 roku!
Niemal wszędzie, szczególnie tu na Dolnym Śląsku, w Górach Sowich na dobre zadomowili się nasi „wyzwoliciele”. I nie chodziło tylko o nadzór „Wielkiego Brata”, ale także o rabunkową eksploatację bogactw naturalnych w Karkonoszach (uran, srebro, złoto czy „opieka” nad zrabowanymi przez nazistów dziełami sztuki i skarbami Wrocławia). Do dziś zresztą cała Polska pasjonowało się historią „złotego pociągu”, nadal ścierają się różne hipotezy nt. kompleksu „Riese” czy cudownej broni Hitlera w Ludwikowicach.
Jednak historia o której teraz chcemy opowiedzieć, przynajmniej dla wtajemniczonych, jest dość dobrze znana. Aczkolwiek po zamieszczeniu kilku artykułów dot. Drogi Sudeckiej (niem. Spindlerpaßstraße) dostaliśmy kilka zapytań dot. tej historii, zwłaszcza o konkretniejszym opisie tego miejsca i samej ucieczki. Spełniamy te życzenia.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / Cmentarz Więźniów Niemieckiego Obozu w Borowicach, stąd Drogą Sudecką- idąc pod górę - jest ok. 1,9 km (13 min. marszu) do grobu lotników...
Dziś w dobie luzowania obostrzeń pandemii COVID 19 możemy wam powiedzieć i udokumentować to miejsce tragedii lotniczej z 1946 roku. Gdy byliśmy tu zimą, dotarliśmy tylko do Cmentarza Więźniów Niemieckiego Obozu w Borowicach (niem. Baberhäuser) pochowanych na leśnym cmentarzyku, ok. 450 m od granitowego mostku nad strumykiem Podgórnej.
Woda tu jest czysta jak słynny „Żywiec Zdrój”, a jej bystrza zachęcają do odpoczynku i zadumy – ilu więźniów musiało zginąć, aby wybudować ten mostek z granitowych ciosów o całkiem sporej nośności - wiedzą tylko najstarsi mieszkańcy pobliskich Borowic.
Nie będziemy się rozpisywać nad samą Drogą Sudecką, bo tu po prostu trzeba być, choćby podczas czekających nas wakacji – przynajmniej taką mamy nadzieję, po poluzowaniu obostrzeń III etapu pandemii.
Historia braci Szymańskich
Katastrofy lotnicze są wpisane w zawód lotnika czy pilota, wiedzą o tym najlepiej rodziny, które straciły najbliższych podczas wykonywania lotów bojowych czy szkoleniowych. Ta historia jest jednak zupełnie inna, gdyż nie jest związana z codzienną służbą za sterami dwupłatowca, zwykle służącego do ciągania szybowców. Ale nie dlatego nie była nagłaśniana w okresie głębokiego PRL-u. Jak twierdzi wielu badaczy i autorów odkrywających takie ciekawostki czy zagadki, nie znajdziemy tej historii - ani w annałach Aeroklubu Jeleniogórskiego, ani w archiwach jeleniogórskich.
Jak pisze Andrzej Kowalski, jeden z autorów szukający rozwiązania takich zagadek, strzępy informacji o tym wypadku znalazł w „Słowie Polskim” z 1952 roku. Kolejne świadectwo tej katastrofy autor otrzymał od Mieczysława Holtza, legendy przewodników sudeckich i pewnie jeszcze kilku innych osób. To ekscytujące i jednocześnie zajmujące zajęcie, podobne do tego, które przekazała nam znana przewodniczka w Bieszczadach, a opowiadające o ostatniej tragicznej akcji gen. Świerczewskiego „Waltera”. Spytacie co takiego powiedziała? Cóż, wbrew podręcznikowej teorii, nie zginął od banderowskich sotni, jak powielała to komunistyczna władza, tylko od polskich „przebierańców”.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / od tego charakterystycznego rozwidlenia Drogi Sudeckiej mamy jeszcze ok. 450 m do drogowskazu z napisem "Grób lotników"
Nam udało się dotrzeć do córki pana Antoniego, mieszkańca Borowic od 1937 roku, która powiedziała wprost – dlaczego ukrywano tę historię (katastrofę) tak długo. Naszym skromnym zdaniem, to tylko jedna z hipotez.
Przypomnijmy zatem, że lotnisko Aeroklubu Jeleniogórskiego otworzono z pompą w styczniu 1946 r., zaś lotnisko sportowe dla szybowców w Jeżowie Sudeckim - w październiku tego samego roku. Zuchwałej kradzieży samolotu Po-2, z tego sportowego lotniska (wtedy Grunów a nie Jeżów Sudecki), dokonano listopadowej nocy 1946 roku. Można zatem domniemać, że taki incydent, zaledwie miesiąc po otwarciu lotniska musiał wywołać reakcję u komunistycznej wierchuszki. W tym czasie prezydentem Wrocławia był tow. Bolesław Drobner, który zakazał powielania tej informacji przez media.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / zatarty napis na drogowskazie "Grób lotników", z tego miejsca mamy ok. 220 m wspinaczki "pod górkę"...
Swoją drogą akcja braci Szymańskich i dwójki towarzyszy (nieoficjalnie mówi się o partnerkach pilotów) została przygotowana niemal wzorowo. Wybrano całkiem dobry termin ucieczki popularnym i łatwym w pilotowaniu samolotem, nie użyto broni palnej w stosunku do strażników wyposażonych w broń długą i nie spodziewających się jakiegokolwiek ataku. Wymienionej wcześniej czwórce towarzyszył piąty pomocnik w ucieczce, który obezwładnił strażników (według zeznań wartowników). Niestety, rozpłynął się w ciemnościach jak słynni „cichociemni” szkoleni do zadań specjalnych w Wielkiej Brytanii. I choć początkowo ślad wiódł do zamku Czocha i grup specjalnych osadzonych na Dolnym Śląsku, nigdy nie znaleziono tego tajemniczego „pomocnika”.
Popularny dwupłatowiec Po-2 nie był przystosowany do lotu czteroosobowego
Warto w tym momencie dodać, że popularny Po-2 miał tylko dwa miejsca, zatem cztery osoby na pokładzie (nawet rachityczne) mogły stanowić zasadniczy problem w tej ucieczce. Dopiero wersja Po-SzS, samolot łącznikowy z zakrytą kabiną była przeznaczona dla 4-5 osób. Zakładając, że wyszkolenie niedoświadczonych pilotów - dziś wiemy... tylko jednego po kilkutygodniowym kursie - odbiegało od rutynowej obsługi wszelakiego sprzętu latającego jak u Agenta Jej Królewskiej Mości (agent 007), można wyciągnąć wnioski dot. niepełnego przygotowania do tej karkołomnej historii sprzed niemal 74 laty. Jednak pilot, starszy z braci Szymańskich wiedział, że tylko lot na niskiej wysokości może pokonać obronę przeciwlotniczą. W tamtym czasie stacje radiolokacyjne miały duży problem z wykrywaniem obiektów lecących na małej wysokości, co więcej, o małej skutecznej powierzchni odbicia (tzw. echo na radarze r/lokacyjnym).
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ spróchniałe bale sosnowe doprowadzą was do grobu, wystarczy podnieść głowę...
Do tego lot nocny w trudnym terenie, zbyt duża masa załogi 2+2 i specyfika karkonoskich wiatrów – to wszystko sprawiło, iż wzgórze tuż przy Drodze Sudeckiej okazało się zbyt trudną przeszkodą. Wspomniana córka pana Antoniego powiedziała nam, iż piloci nie sprawdzili stanu paliwa (a lecieli prawdopodobnie do Austrii), co przy takim przeciążeniu mogło być kolejną przyczyną tragedii. W Karkonoszach, jak wspomnieliśmy, wieją też tzw. wiatry znoszące, ale piloci mogli o tym nie wiedzieć?
Szybka akcja, jak w filmie akcji Patryka Vegi
Rzeczywiście, pięciu śmiałków błyskawicznie zajęło wartownię i hangar lotniczy, przecięto kable telefoniczne (ale nie wszystkie, sprawna była radiostacja RSB). Pomocnicy pilotów mieli broń krótką (i najprawdopodobniej fałszywe dokumenty), ale nie oddali żadnego strzału podczas akcji uprowadzenia Po-2. Piloci, wraz z towarzyszami ucieczki błyskawicznie wtargnęli do hangaru i przygotowali popularnego „papaja” do ostatniego lotu ku lepszej przyszłości. Sama akcja trwała kilkadziesiąt minut, a czasu na sprawdzenie paliwa, stanu technicznego „papaja” - zwyczajnie - zabrakło. Sam lot trwał chwilę, a pełniący służbę żołnierz WOP-u w pobliskiej Przesiece zameldował jedynie, o 3.30 nad ranem, iż usłyszał warkot samolotu, zaś wybuchu żadnego nie było. Świadczyć to może o tym, że nie było już paliwa, a tracący awiację Po-2 uderzył w porośnięte, wysokimi drzewami, wzgórze 302 m n.p.m.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / na grobie szczątki z kadłuba Po-2 i wypalone znicze...
Dopiero po przyjściu zmiany na wartownię Góry Szybowcowej wartownicy podnieśli alarm. Dlaczego tak późno, skoro sprawna była radiostacja, a wartownikom udało się oswobodzić? W wyniku tego zamieszania i niedociągnięć podczas pełnienia służby, powiadomiono jednak Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) w Jeleniej Górze. Niestety... zbyt późno! Katastrofa samolotu już stała się faktem. Dopiero 2 grudnia 1946 roku leśniczy Bogusław Gwizd ze swoimi robotnikami z Przesieki (wtedy Matejkowice*) i żołnierzami WOP (dyżur pełnił ppor. Stanisław Woronecki) udali się na miejsce katastrofy. Teren był podmokły i dość stromy, a ścięte drzewa oznaczyły ślad tej tragedii. Rozbitkowie najprawdopodobniej jeszcze żyli chwil kilka po tej tragedii, ale nikt nie mógł im udzielić pomocy.
*/ Przesieka to wczasowa, podgórska miejscowość położona niedaleko Jeleniej Góry, znacznie cichsza i nie mniej atrakcyjna od Karpacza czy Szklarskiej Poręby. Wioska położona jest na wysokościach 480 - 650 m n.p.m. w Dolinie Czerwienia, Myi i Podgórnej. Pierwsze potwierdzone wzmianki dotyczące Przesieki odnoszą się do wieku XVII-tego. Cesarz podarował wieś Georgowi Andreasowi Schwinghammerowi - weteranowi wojny trzydziestoletniej. Wioska do roku 1945 nazywała się Hain, a po wojnie przez krótki czas Matejkowice - tu odnaleziono zrabowanych obrazy Jana Matejki (Unia Lubelska, Batory pod Pskowem, Rejtan upadek Polski). Pod koniec 1946 roku ponownie ustanowiono nazwę Przesieka, choć nazwa u miejscowej ludności nadal pozostała w użyciu, jako Matejkowice - do 1950 r.
Na miejscu katastrofy, zarówno ppor. Woronecki, jak i leśniczy nie mogli się doliczyć ciał, początkowo podali w raporcie, że śmierć poniosło tylko dwóch pilotów. To było wielkie niedopatrzenie i błąd w sztuce, gdyż przybyła na miejsce tragedii grupa operacyjna PUBP w Jeleniej Górze, po dokonaniu rozpoznania i dokładnych oględzin miejsca katastrofy... doliczyła się czterech ciał. Ale nawet dziś pojawiają się wątpliwości... Ponoć pomogły znalezione na miejscu zdarzenia dokumenty i broń osobista.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com / bystrza Podgórnej, czystej jak najczystsza (lub jedna z najczystszych) woda w Polsce "Żywiec Zdrój"...
Dziś zagadek jest więcej, ale w raporcie z miejsca katastrofy napisano co następuje: "W katastrofie lotniczej zginęli 26- letni Władek Burławski (urodzony we Lwowie, znaleziono przy nim pistolet wojskowy 9 mm Browning HP, amunicję szt. 13 i dokumenty), 20-letni Franek Rybczyński (urodzony w Łucku, znaleziono porozrzucaną amunicję i 9 mm pistolet wojskowy „Vis” wz. 35 i dwa portfele z gotówką), 20-letni Alfred Szymański (ps. Felek, znaleziono przy nim zeszyt z notatkami) i 24-letni Rudolf Szymański (ps. Marek, miał przy sobie m.in. miniaturki Krzyża Walecznych, Brązowy Krzyż Zasługi i różaniec ). /źródło: Sebastian Ligarski „Tajemnicza katastrofa pod Przesieką w 1946 roku”/
Jak dotrzeć do grobu lotników?
Niestety, nie jest to takie łatwe, jak jazda rowerem drogą ER2 (Drogą Sudecką). Zresztą samochodem tam nie dojedziecie, gdyż Nadleśnictwo "Śnieżka" ustawiło szlabany i znaki zakazu (B3/B4). Wyjeżdżając z Borowic na Drogę Sudecką (DS, kierunek Przesieka) po 2,3 km natkniecie się na miniparking leśny i znak wjazdu samochodów oraz motocykli. Zimą była dodatkowa informacja – "pozwolenie na wjazd wydaje nadleśniczy". Zgodnie z prawem idziemy pieszo do wspomnianego wielokrotnie cmentarza więźniów, to już nasz pierwszy punkt charakterystyczny. Nieco wcześniej napotkamy mostek i górski strumień Myi (także czystej, jak górski kryształ, a jej bystrza tworzą przepiękne kaskady i wodospad m. Przesieka). Tu zlokalizowany był niemiecki obóz (niem. das Zwangarbeitslager) o którym pisaliśmy dużo wcześniej.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ tak wygląda tabliczka, przydałaby się renowacja...
Od cmentarza, zresztą symbolicznego cmentarza (40 mogił+1), gdyż ekshumacje pomordowanych więźniów przeprowadzano kilkakrotnie, aby wreszcie ich prochy spoczęły w tym miejscu. Stąd, jak powiedzieliśmy mamy ok. 1,9 km (idąc Drogą Sudecką w kierunku Przesieki i Schroniska Odrodzenie, 12 min. marszu) do ledwie widocznego drogowskazu, z wypłowiałym napisem „Grób lotników”. Uważny piechur czy turysta znajdzie ten charakterystyczny drogowskaz, trzeba zatem skręcić z DS w lewo, przechodząc przez kładkę poukładaną ze spróchniałych bali, po czym czeka nas wspinanie w leśne otchłanie.
Teren jest tu podmokły, więc należy uważać na czekające nas niespodzianki. Od znaku do grobu mamy jakieś 220 m, trudno zatem przeoczyć marsz na azymut. Można też posiłkować się drzewami oznaczonymi kropką pomarańczową lub niebieskim pasem – prawdopodobnie do wycinki. Podpowiadamy, że wydeptana ścieżka doprowadzi nas do grobu niemal „na wyczucie”. Radzimy jednak trzymać się lewej ścieżki, aby przejść suchą nogą przez kolejny trakt z bali sosnowych, ułożony specjalnie na podmokłym terenie. Teraz wystarczy spojrzeć w górę i już macie grób braci Szymańskich... jak na dłoni.
fot. Krzysztof Golec, autoflesz.com/ od cmentarza mamy ok. 12 min marszu do "Grobu lotników". Uważny czytelnik dostrzeże zalegające złogi śniegu, tak padało 11/12 maja w Kotlinie Jeleniogórskiej
Ludzie zostawiają tu znicze, biało-czerwone kokardki, kwiaty, a nawet polskie flagi. Jeśli zapytacie dlaczego na metalowym krzyżu jest dodatkowa tabliczka Stanisław Pawłowski ze Lwowa (1923-1946), to już podpowiadamy. To wspomniany wcześniej Władek Burławski, który – jak podejrzewaliśmy – miał fałszywe dokumenty. Dziś trudno znaleźć informację, czy kolejny kompan brawurowej ucieczki Franek Rybczyński posługiwał się prawdziwym nazwiskiem i dokumentami. Obaj mieli powiązania z AK, co w tamtym czasie nie uchodziło uwadze wyspecjalizowanym służbom.
Na mosiężnej tabliczce wyryto napis: „Tu spoczywa dwóch braci pilotów
Alfred i Rudolf Szymański wraz z dwoma kolegami, zginęli śmiercią lotników dnia 2 listopada 1946r.
Cześć ich pamięci”.
Jedno jest pewne, co z dużym prawdopodobieństwem zauważy każdy czytelnik, czytając do końca tę opowieść – z lotu do lepszego świata. Mamy na myśli tego piątego kompana z Góry Szybowcowej w Jeżowie Sudeckim. Naszym skromnym zdaniem miałby dziś ok. 90 lat, więc trudno oczekiwać od takiego seniora, aby odwiedzał grób braci Szymańskich, ale z całą pewnością może do dziś odwiedzać to miejsce jego syn lub córka. Kwiaty, biało-czerwone, kokardki czy wreszcie znicze świadczą, że coś trwałego pozostało z tej legendy. Niestety, twardych dowodów brak, to nadal niewyjaśniona zagadka; zresztą jak wiele innych (kompleks „Riese”, lista Grundmanna, cudowna broń Hitlera „Wunderwaffe” np. Ludwikowice czy „Złoty pociąg”).
Na koniec podpowiadamy, z tej brawurowej, ale tragicznej w skutkach ucieczki, można nakręcić film, jak np. „Tajemnica twierdzy szyfrów” z zamkiem Czocha w tle. Aż dziw bierze, że tego tematu nie podjął także ceniony historyk wojskowości i dziennikarz Bogusław Wołoszański.
Jeśli znacie kolejne szczegóły tej układanki napiszcie do redakcji, gwarantujemy anonimowość – jeśli będzie takie zastrzeżenie – zgodnie z ustawą z dnia 10 maja 2018 r. o ochronie danych osobowych RODO.
- przeczytaj także:
- Borowice - historia nieznana, ale warta przypominania
- Droga Sudecka - miejsce pamięci pomordowanych więźniów różnych narodowości
redakcja autoflesz.com![]()