Wojna w Ukrainie trwa, agresor wykorzystuje wszelkie środki do niszczenia infrastruktury, w tym szpitali, szkół, a nawet żłobków. Używa do tego broni zakazanej przez prawo międzynarodowe (ładunki fosforowe, gazy trujące, związki chemiczne chloroacetofenonu). Na froncie zaś brakuje wojowników, obrońców Ukrainy.
fot. SG Ukrainy
Na mocy podpisanej przez premiera Donalda Tuska i prezydenta Wołodymyra Zełenskiego umowy, w Polsce miała powstać ukraińska jednostka wojskowa. Ukraiński legion miał być przeszkolony przez wojskowych instruktorów w Polsce, uzbrojony i przygotowany do walki. Zgodnie z umową za szkolenie odpowiadać miały wydzielone bataliony Wojska Polskiego, rekrutacja zaś należała do strony ukraińskiej. Rzeczywistość jednak okazał się brutalna.
- My nie odpowiadamy za rekrutację, ale liczba osób, która się miała zgłosić ze strony ukraińskiej jest za mała - powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz, szef MON, w programie "Tłit" dla Wirtualnej Polski
- My się do tego przygotowaliśmy. To było w ramach umowy podpisanej między Polską i Ukrainą - przypominał Kosiniak-Kamysz
Szef MON przypomniał, że Polska wyszkoliła już ok. 20 tys. ukraińskich żołnierzy, którzy trafili na front w Ukrainie. Na tym kończą się jednak polskie zobowiązania, a zaczynają ukraińskie. Co więcej, prezydent Zełenski ma nieuzasadnione pretensje do strony polskiej w zakresie pomocy wojskowej.
W Polsce, pozostało tysiące rodzin, korzystających z pomocy Polaków i państwa. Prawda jest taka, że ukraińscy pracownicy dość mocno zakorzenili się w polskiej rzeczywistości, obsadzili rynki pracy (szczególnie w budownictwie), ale nie garną się do założenia munduru w obronie Ukrainy. Na froncie, główny ciężar walki spoczywa na seniorach, b. żołnierzach, specjalistach (obsługa dronów i artylerii krótkiego zasięgu, snajperach... także kobiety). Co więcej, prezydent Zełenski nie garnie się do ogłoszenia mobilizacji obejmującej młodych obrońców Ukrainy, a to skutkuje brakami kadrowymi.
Rosja z kolei ma ogromny potencjał ludzki, ale matki nowicjuszy-poborowych nie chcą żegnać się z synami, którzy pod przymusem przechodzą szkolenie i idą na front, jako mięso armatnie. Z kolei synowie prominentów unikają poboru. Głośna była sprawa syna Dmitrija Pieskowa, rzecznika Kremla. Nikołaj Pieskow, poborowy powołał się na nazwisko ojca i nie stawił się przed komisją poborową. Prawo, jak widać, nie jest równe dla wszystkich.
redakcja autoflesz.com