Czy Adolf Hitler miał broń atomową?

O cudownej broni Hitlera Wunderwaffe słyszeli chyba wszyscy zakręcenie pasjonaci II wojny światowej. Ale czy słyszeli o broni atomowej Adolfa Hitlera. Czy rzeczywiście ją miał w ostatnim okresie wojny? Zdania w tym temacie są podzielone, bo jeśli ją miał, to dlaczego jej nie użył?

fot. domena publiczna/ po wybuchu bomby na Nagasaki 

Tematy Dolnego Śląska, złota Wrocławia czy słynnego złotego pociągu,  od kilku już lat są opisywane na naszych stronach. Szczególnie dużo do myślenia daje słynny obiekt RIESE (Olbrzym). Do dziś nie wiemy dlaczego,  jeszcze w 1943 roku, rozpoczęto ich budowę, skoro naziści myślący inaczej niż Führer wiedzieli, iż wojna jest przegrana? Byliśmy też w Ludwikowicach Kłodzkich, a tamtejszy poligon doświadczalny, zeznania świadków, obiekty grawitacyjne (die Glocke) nie pozostawiają wątpliwości – niemieccy naukowcy byli o krok przed odwróceniem losów II wojny światowej!

Zastanówmy się jednak dlaczego Niemcy tak konsekwentnie bronili Dolnego Śląska, zlokalizowanych tu obozów zagłady, pracy przymusowej, fabryk produkujących części i podzespoły do samolotów (rakiet V1/V2).  To, że bronili to już wiemy, ale trudno zrozumieć, dlaczego dłużej niż oblężonego Berlina. Pisaliśmy już o ciągle zagadkowej Sieniawce i tragicznych w skutkach marszach śmierci... jeszcze pod koniec kwietnia 1945 roku. Okazuje się, że naziści mieli jednak furtkę do ewakuacji z tych terenów, choćby przez Czechosłowację. Być może i  tę tajemnice uda się rozwiązać, dziś zajmiemy się jednak wspomnianą bronią atomową Hitlera. Ale po kolei...

Stalin wiedział o niemieckich postępach programu atomowego
O tym, że Hitler może odmienić, albo przynajmniej liczyć na zwrot akcji pod koniec wojny, wiedział Stalin już w marcu 1945 roku. Iwan Iliczow, szef wywiadu wojskowego GRU zameldował I sekretarzowi,  że na poligonie w Turyngii niemieccy naukowcy, Wehrmacht, w asyście oddziałów SS dokonali próbnej eksplozji nuklearnej (?). To już wywołało panikę, jak wtedy, gdy Stalin do końca nie wierzył w napaść Niemców na  ZSRR, w czerwcu 1941 roku.

 We wspomnianym raporcie pułkownika GRU dot. próbnej eksplozji bomby  na  poligonie w Turyngii (Ohrdruf) nie przekazano kilku istotnych szczegółów: rodzaju bomby, skażenia promieniotwórczego, rodzaju zapalnika. Ale późniejsze wypadki są na tyle przekonujące, iż nawet prof. Igor Kurczatow, fizyk, szef radzieckiego zespołu pracującego nad tą bronią był głęboko zaniepokojony.

Kolejne raporty, które docierały do Stalina, informowały, iż mogła to być bomba paliwowo-powietrzna, czyli taka jaką Rosjanie kilka razy odpalili w Ukrainie (teraz, jej udoskonalona wersja nazywana jest  b. termobaryczną). Tych bomb jednak nie użyto, choć ich siła rażenia była zaskakująco duża (siła zniszczenia w promieniu kilkunastu km). Czy to był właśnie zwiastun nowej, śmiercionośnej broni o wielkiej sile zniszczenia?

Specjaliści od wojskowości nie pozostawiają złudzeń (są jednak sceptycy), ale  cytują przy okazji wypowiedź Hermanna Göringa, który mówił w Norymberdze: „Zaniechałem użycia broni, która mogła zniszczyć cywilizację”.  Göring do dnia wykonania wyroku kary śmierci nic więcej nie powiedział, dzień przed egzekucją powiesił się w celi.

„Rosjanie odetchnęli tylko na chwilę, bo już  kwietniu 1945 r. specjalny oddział Alsos, amerykańskiej misji poszukującej niemieckich naukowców i dokumentacji technicznej, dotarł do miasteczka Haigerloch w południowych Niemczech, gdzie w jaskini u podnóża zamkowego wzgórza odkryto niedokończony reaktor atomowy” – pisze Bogusław Wołoszański

Niestety, nawet sam prof. Igor Kurczatow dał się nabrać. Na tej podstawie, nie tylko Rosjanie,  wysnuli fałszywy wniosek - skoro naziści nie uruchomić reaktora, to nie mogli zbudować bomby.

„Reaktor odnaleziony przez amerykańskich żołnierzy w Haigerloch nie był jedynym, lecz czwartym, o którym wiadomo, niemieckim stosem uranowym, jak wówczas nazywano te urządzenia. Pierwszy eksplodował w Lipsku podczas próbnego rozruchu. Drugi i trzeci zbudowano w Gottow i Berlinie” – pisze Wołoszański

Wiarygodność tych informacji jest duża, co więcej naziści dokonali kilku próbnych wybuchów, co pokazano w  National Grografic. Co więcej, niejaki Luigi Romersa, korespondent wojenny, wysłannik Mussoliniego miał  12 października 1944 r. obserwować próbny wybuch nuklearny na wyspie Uznam. Mógł się jednak pomylić w swoich zeznaniach, bo jak prostował dr Rainer Karisch z Uniwersytetu  Humboldta, autor książki,  mogła być to Rugia (lub Greifswalder Oie).

Najciekawsze dopiero przed nami 
Wielu turystów odwiedzających zamek Książ zastanawia się do dziś, dlaczego pani przewodnik mówi o specjalnej części zamkowej dla samego Führera. Miał tam praktycznie wszystko, swoją windę, oddzielne wejście, apartamenty, nawet kuchnię, ale czy był w Książu? Do dziś nie ma na to twardych dowodów. Należy zatem rozważyć kilka hipotez, a jedna z nich brzmi - w jakim celu? Czy chodziło tylko o schron dla niego i sztabu po ewentualnym wybuchu atomowym?
Jeszcze ciekawsza hipotezy dotyczy całego obiektu RIESE - według niektórych przewodników – mającego wydrążony korytarz z zamkiem Książ. Byliśmy praktycznie we wszystkich tych obiektach:  Rzeczka,  Włodarz, Osówka i Książ właśnie.  Jednak nie zaryzykujemy miliona dolarów, aby potwierdzić tę hipotezę, wielu eksploratorów przed nami głowiło się, po co nazistom były te obiekty. Być może jako schrony, ale przy okazji, naziści chcieli tam produkować części i podzespoły do rakiet Wernera von Brauna. Ale czy tylko? Po co Niemcom był ośrodek w pobliskich Ludwikowicach Kłodzkich czy kompleksy w Gontowej, Osówce, Soboniu? Czyżby chodziło o budowę reaktora, wirówek do wzbogacania uranu, a może magazynu na ciężką wodę?

Teoria ta jest dość śmiała, ale w kontekście istniejących już schronów: Jelenia Góra, Wałbrzych, Kowary, Gryfów, Wrocław, czy ostatnio elaboracja szybu w Kamiennej Górze nabiera dość realnych kształtów. Jak dotąd nie znaleziono twardych dowodów na budowę nowych reaktorów, ale nadal nie wiemy co kryją podziemia kopalni "Wacław" w Ludwikowicach Kłodzkich. Czy uciekający naziści  w ostatnich dniach wojny zatopili sztolnie celowo? Jeśli tak, to w jakim celu? Przypomnijmy, że właśnie tam specjalny oddział Armii Czerwonej tzw. trofiejny nie szukał nowych wyrobisk węgla kamiennego. Można tylko przypuszczać, iż chodziło o uran, pluton i wirówki do jego wzbogacania. A przy okazji... może tam być poszukiwane  złoto Wrocławia.

Wróćmy zatem do momentu, gdy Hitler nakazał bronić Wrocławia do ostatniego żołnierza, podczas gdy już 20 kwietnia wojska 1. Frontu Ukraińskiego zamknęły kocioł wokół  Berlina. Pytanie  nasuwa się samo... dlaczego? 
Odpowiedź może być tylko jedna, z Dolnego Śląska mógł nastąpić desperacki atomowy atak, gdyż Niemcy nie posiadali wtedy środków lotniczych do przenoszenia tak dużych ładunków.

Przypomnijmy, że amerykańska bomba „Little Boy” zrzucona na Hiroszimę ważyła 4 tony (miała 3 metry długości), a eksperymentalny, niemiecki  bombowiec Messerschmitt Me 264 był dopiero w fazie oblotów. Fakt, posiadali jeszcze superfortecę Heinkel He 177V38, ale tylko jedna maszyna była przystosowana do przenoszenia bomby atomowej. Jej wrak rozpoznano tuż po wojnie, na praskim lotnisku.

Pamiętajmy jednak, że genialny Wernher von Braun pracował nad modernizacja rakiety V2 zdolnej do przeniesienia ładunku jądrowego na większą odległość niż 400 km.  Stalin wiedział, że desperacki atak z wykorzystaniem broni jądrowej mógł odmienić losy II wojny światowej. Tę taktykę wykorzystuje dziś car Rosji Władimir Putin strasząc NATO i Zachód użyciem broni jądrowej. Aczkolwiek dziś problem jest inny, wiele państw w tym Francja, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone z pewnością wykonałyby kontratak. Putin nie liczy się ze stratami własnymi, Hitler zaś musiał to wkalkulować, musiał też się zabezpieczyć przed ewentualnym kontratakiem. Nie ma jednak skutecznych i bezpiecznych schronów przed bronią jądrową, a głównie przed jej promieniowaniem. O tym wie także Putin, pewnie dlatego ukrywa się w swoim bunkrze na Uralu.

Alianci wiedzieli, że Hitler jest krok bliżej od użycia tej śmiercionośnej broni niż Amerykanie czy Rosjanie. Jednak do produkcji broni atomowej Niemcy potrzebowali ciężkiej wody, co ciekawe, po zajęciu Norwegii w 1940 roku mieli jej  niemal dostatek.*

*/  Z inspiracji Churchila już 28 lutego 1943 r. w fabryce Norsk Hydro w Vemork (Norwegia),  grupa norweskich komandosów zniszczyła urządzenia do produkcji ciężkiej wody. To jedynie opóźniło  niemiecki program nad  bronią atomową, ale go nie zatrzymało. Niemcy nadal mieli zapasy ciężkiej wody,  już w lutym 1944 roku Hitler rozkazał przenieść produkcję tlenku deuteru do podziemnych magazynów III Rzeszy...

Twardy dowód na istnienie niemieckiej broni atomowej
Pomimo kapitulacji Niemiec 9 maja 1945 roku, na morzach i oceanach działały jeszcze niemieckie okręty podwodne U-Booty. 19 maja 1945 r. amerykański niszczyciel wprowadził do portu w Portsmouth niemiecki U-234 wraz z załogą. Fakt ten dość długo utajniono. Z dziennikarskich przecieków wiadomo, że w ładowni znajdowało się kilkadziesiąt pojemników zawierających tlenek uranu (nie jest radioaktywny). Po dokładnym zbadaniu przez fizyków atomowych okazało się, iż w zasobnikach był uran 235 wystarczający do wyprodukowania bomby atomowej.

Kazimierz Jasiński /ksiazkawp.pl/ idzie dalej i podaje konkretne przykłady istniejących wtedy reaktorów atomowych. I tu kolejna ciekawostka. Okazuje się, że cenzorem budowy (rozbudowy) kolejnych reaktorów atomowych w Niemczech był Albert Speer, architekt, polityk, jeden z ważniejszych przywódców III Rzeszy. To on był wiodącym lobbystą podczas  budowy obiektów RIESE, a przy okazji dość mocno naciągnął Hitlera na koszty budowy tych obiektów.  Z tego opracowania dowiadujemy się, iż działających  reaktorów Niemczech było więcej: Haigerloch, Hamburg i co wzbudza dziś sensacje także w Polsce – w sztolniach Ruedigen k.Wałbrzycha.

„Obiekt ten miał własną rozbudowaną infrastrukturę, znajdujące się niedaleko bogate złoża uranu i innych rud metali oraz zakłady uzdatniania ciężkiej wody. Reaktor rozpoczął pracę pod koniec lipca 1944 r.” – pisze Kazimierz Jasiński

Jak twierdzi Jasiński, do kierownictwa niemieckiego programu jądrowego docierały informacje, że istnieje inna, mniej kosztowna i bardziej efektywna metoda pozyskiwania wysoko wzbogaconego uranu – betatronu. Taki właśnie akcelerator zainstalowano  w Ruedigen koło wspomnianego Wałbrzycha. Plany pozyskiwania tańszego plutonu wg pracy doktorskiej Ireny Curie i Fryderyka Joliot legły w gruzach, gdyż zbliżający się front wschodni wymusił  likwidację ośrodka.

Skąd Niemcy mieli rudę uranową?
To akurat nie było tajemnicą dla dla amerykańskiej grupy Manhattan pracującej nad bronią atomową od 1943 roku (pod kryptonimem  Alsos).
Pierwsze partie rudy uranowej Niemcy zagarnęli w Belgii, pochodziła ona z Konga. Grupa Manhattan nie wiedziała jednak, że ruda wzbogacana przez niemiecką firmę „Auergesellschaft” z Oranienburga koło Berlina pochodziła także z Czechosłowacji i... Kowar. Tak z Kowar - tam do dziś można zwiedzać kopalnie rudy uranowej.
Grupa Manhattan miała jednak istotniejsze zadanie, odnalezienie zasobów uranowych i przewiezienie ich do amerykańskiej strefy przed oddziałami radzieckimi. Czy to się udało? Tak. 23 kwietnia 1945 roku  gen.  Marshall wysłał meldunek do swoich przełożonych, że nie ma już możliwości, aby Niemcy mogli użyć w czasie tej wojny broni nuklearnej.

Zamiast zakończenia
Wspomnieliśmy o sceptykach. Jak pisze inny autor książki Leszek Adamczewski "Tajemnicza broń Hitlera", w świetle obecnej wiedzy historycznej jedno jest pewne: III Rzesza nigdy nie użyła na polu walki broni masowego rażenia (atomowej, chemicznej biologicznej, ani żadnej innej niekonwencjonalnej). Komory gazowe w niemieckich obozach zagłady to co innego. Jest jednak niewielki margines niewiedzy, który otwiera pole do różnych domysłów. I tak już pewnie pozostanie, a "Tajemnicza broń Hitlera" nie będzie ostatnią pozycja poświęconą tej tematyce.

- przeczytaj także: 

 

redakcja autoflesz.com

Źródło: Bogusław Wołoszański, Newsweek
Leszek Adamczewski, "Tajemnicza broń Hitlera"
Kazimierz Jasiński, ksiazkawp.pl

Publish modules to the "offcanvas" position.